Sophie i heroiny wszelkiej maści

Źródło: FB
Zdanie, które nieczęsto zobaczycie na moim blogu brzmi: główna bohaterka książki jest świetna/ciekawa/fajna/do zniesienia/da się ją lubić; zwłaszcza, gdy w grę wchodzi powieść młodzieżowa/young adult, a szczególnie paranormalny romans. W najlepszym wypadku napiszę, że bohaterka była mi obojętna. Jednak niestety o wiele częściej przeczytacie to pierwsze stwierdzenie. W końcu doszło do tego, że zwrócono mi delikatnie uwagę, czemu ja się tak okrutnie tych biednych heroin czepiam. Odpowiedź jest bardzo prosta, choć będziemy musieli cofnąć się kilka lat wstecz.

Był taki okres w moim życiu, gdy co roku przeprowadzałam się i zmieniałam szkołę, co kończyło się tym, że na początku nikogo nie znałam. Czytałam w tych okresach szczególnie dużo i poza zachwycaniem się i zaklepywaniem męskich bohaterów książkowych (eM zaklepuje filmowych), to żeńskie postacie od zawsze oceniałam pod kątem, czy zaprzyjaźniłabym się z taką osobą. Domyślacie się zapewne, że w 90 % przypadków odpowiedź brzmiała: nie, w życiu nie chciałabym mieć nic wspólnego z kimś takim! Czyli gdybym miała okazję poznać je na stopie towarzyskiej, po prostu nie kontynuowałabym znajomości. Brzmi okrutnie? Odpowiedzcie więc sobie sami na pytanie: czemu teoretyczne marnować czas na kolegowanie się z osobą, której się nie lubi? Trzeba być fair w stosunku do siebie i do tej persony.

Jw.
Długo czasu zajęło mi pogodzeniem się z faktem, że nie dokończę pewnych serii. Nie chcę tego robić. Moje pedanteryjne podejście do życia sprawia jednak, że trudno mi porzucić na stałe zwłaszcza serie książkowe, choć wiem, że męczę się czytając kolejne tomy; nawet gdy nie chodzi tylko i wyłącznie o beznadziejność głównej bohaterki. Pożegnałam się więc ostatecznie z Darami Anioła - powiedzmy sobie szczerze: kilka lat temu może była to oryginalna seria, ale Clarie jest absolutnie nieciekawa. To samo tyczy się niestety Jace'a, a jedyne co można by uznać za dość dobre w tej całej serii to niektórzy bohaterowie drugoplanowi. Nie będę z pewnością kontynuować czytania Domu Nocy. Nie mam pojęcia, czemu w ogóle to rozważałam, chyba jestem książkową masochistką, czy coś. Podobnie sprawa ma się serii Nieśmiertelni. Prawdopodobnie pożegnam się też z Felixem, Netem i Niką, choć może tutaj nie w dużej części przez główną bohaterkę; seria mi zwyczajnie nie podeszła. Szkoda mi nerwów i czasu na książki, które wiem, że mi się nie spodobają.

Teraz czas na kilka moich faworytek, czyli najgorsze żeńskie postacie, które kiedykolwiek powstały. Nie tylko w literaturze, ale również w serialach i filmach, choć to drugie zdecydowanie mniej. Są one często powodem, dla których w ogóle nigdy w życiu nie sięgnę po pierwowzór książkowy. Czasami zastanawiam się, czy dana opowieść nie jest jedną wielką parodią, ale niestety autorzy (choć zdecydowanie częściej chodzi tutaj o kobiety) są całkowicie poważni, co sprawia, że jest to jeszcze bardziej przerażające... Chyba na pierwszym miejscu do odstrzału mam Elenkę Gilbert. W pewnym momencie nie mogłam ani chwilę dłużej patrzeć na nią w "Pamiętnikach wampirów". Pamiętam, że kilka pierwszych epizodów była mi ona obojętna. Niech sobie będzie z nudnym Stefanem, pasują do siebie. Jednak gdy mi zepsuli Damona, to już trumna po prostu. Według całego świata, choć zdecydowanie Julie Plec (scenarzystka Pamiętników) ma nierówno pod sufitem, to książki są jeszcze gorsze. Dziękuję bardzo. Nie skorzystam. Drugą mamy Cassie Black. Jej! Bohaterki od jednej pisarki. Ma zapewnione, że od jej literatury będę trzymać się z daleka. Cassie jest tak zdolna, że obrzydziła mi w ogóle to imię, które swoją drogą naprawdę nie jest złe, ale niestety, biedna Cassie z "Piątej fali" była na przegranej pozycji od pierwszej sekundy i starałam siebie samą naprostować z tym, ale one nawet tak samo wyglądają! Zachowują się też podobnie! 

Przy Elence poruszyłam ważną sprawę, jaką jest shippowanie postaci. Nie oszukujcie się, że lubicie Elenkę. Dlaczego więc nadal wszyscy marzą, żeby była ona z Damonem? NO HELOŁ?! Dlaczego fajny facet ma być z całkowicie niefajną dziewczyną, której życzymy śmierci (lub mniej drastycznego zniknięcia na stałe) w każdej minucie ekranowej/stronie książki, jaką dostaje?! Trochę to nielogiczne prawda? Jednak nie powiem, żebym sama tak nie myślała. jakiś czas temu i nie marzyła, żeby totalny ideał skończył z postacią, której nie cierpię. Jest to tylko przykład "Pamiętników", ale często - o wiele częściej niż powinno - chcemy, żeby heroina była z tym lepszym męskim bohaterem, choć zdecydowanie na niego nie zasługuje, bo... lepiej nie dokończę tego zdania. Ubolewam więc chyba najbardziej na świecie, że Percy skończył z Annabeth, kiedy RED wchodziła w rachubę (no przynajmniej teoretycznie). :(

Mam nadzieję, że dostatecznie wytłumaczyłam, dlaczego tak często nie zostawiam na heroinach suchej nitki. One naprawdę - w moim mniemaniu - na to zasługują. Staram się więc obecnie odpocząć trochę o literatury młodzieżowej, ponieważ męczy mnie to straszliwie i odbiera ochotę na sięganie po kolejne tytuły, gdyż w każdym kolejnym bohaterki, o ile natychmiastowo nie wzbudzą mojej biernej agresji, to są godnymi pożałowania sierotami, co do których, tak naprawdę nie wiemy a) dlaczego - jakkolwiek byłby nudny - jakikolwiek facet się nią zainteresował? (Cześć Belka!) b) jak to możliwe, że ona nadal żyje po tym wszystkim, skoro autorka tak namiętnie przypomina nam o tym, jaką to ona jest delikatną kruszynką, ponieważ przykładowo ma anemię (cześć Noro, która nie jesteś domem Weasleyów!).

Są też heroiny, które lubię - choć pewnie teraz trudno Wam w to uwierzyć, ale o tym napiszę kiedy indziej. Mam jednak do Was pytanie: jakich bohaterek książkowych/serialowych itd. Wy nie znosicie?

Sophie di Angelo

Zobacz również