Sophie & Bucherwelt
  • Strona główna
  • O mnie
  • Współpraca
  • Recenzje
    • Autorami
    • Tytułami
    • Filmów i seriali
  • Przeczytane
    • 2012-2017
    • 2018
  • Kolekcja Ricka Riordana
  • Różne
    • Zdobycze
    • Must have
    • Miesiąc z...
    • Jak zacząć blogować?
    • Oceny
Tekst może zawierać spoilery z treści pierwszego tomu. 

Równo rok temu, minus jeden dzień, na moim blogu ukazała się recenzja "Czerwonej Królowej", pierwszego tomu serii autorstwa Victorii Aveyard, którą pokochałam od pierwszej strony. Czekałam niestrudzenie na kontynuację tej historii, której kolejne części mają się ukazywać dokładnie co rok. Moje odczucia nie słabły, choć większość szczegółów dawno zamazała się w pamięci. Czy "Szklany miecz" wywołał we mnie podobne odczucia? Przekonajcie się sami...

"Łączy nas sojusz – niełatwy, zrodzony we krwi i zdradzie. Jesteśmy sprzymierzeni, zjednoczeni przeciwko przeciwko wszystkim, którzy nas zdradzili; przeciwko światu, który lada chwila się rozpadnie."

Rewolucja dopiero ma się rozpocząć. Konflikt pomiędzy armią rebeliantów, a światem, w którym najważniejszy jest kolor krwi zaostrza się. Mare mimo czerwonej krwi, posiada umiejętności Srebrnych i jak się okazuje, nie jest jedyna. Wyrusza więc na poszukiwania innych Czerwono-Srebrnych, a jest to pełen niebezpieczeństw wyścig z czasem, gdy na ich tropie jest również nowy król. Nie jest to jednak jedyny problem Mare, która musi  się również zmierzyć sama ze sobą, aby odkryć kim naprawdę jest.

Przed zabraniem się za "Szklany miecz" wyjątkowo sięgnęłam ponownie po "Czerwoną Królową", aby sprawdzić, czy po ponad roku książka wywrze na mnie podobne wrażenie - tak było. Zakochiwałam się w tej historii od początku, przeżywając kolejne zwroty akcji oraz odnajdując dawno zapomniane szczegóły. Przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo uwielbiam tę książkę. Z "Czerwoną Królową" świeżo w pamięci, sięgnęłam po "Szklany miecz".

Drugi tom jest zupełnie inny. "Czerwona Królowa" była niczym przyjemny spacerek w wypielęgnowanym ogrodzie, a teraz czytelnika czeka przedzieranie się przez mroczny las w samym sercu bitwy. Zmiana jest niesamowita i cieszy mnie, że autorka rozwija się pisarko w tak widoczny dla czytelnika sposób. Fabuła "Szklanego miecza" jest o wiele bardziej rozwinięta oraz złożona, co widać już chociażby po o wiele większej liczbie stron. Jest tutaj więcej niebezpiecznych momentów, które sprawiały już, że układałam mowy pogrzebowe, jednak autorce całkiem sprytnie udawało się wychodzić z wielu opresji, choć... nie wszystkich. Na przeczytanie "Szklanego miecza" potrzeba więc więcej czasu oraz skupienia.

"Niczego na świecie nie jestem teraz pewna prócz własnej siły i umiejętności."

Wydanie w twardej oprawie jest ciemnoniebieskie.Źródło
Kolejny raz Victoria Aveyard mnie mocno zaskoczyła. To prawda, że w "Czerwonej Królowej" pobrzękiwano o tym, że Mare musi wyruszyć na tę niebezpieczną misję, jednak nie spodziewałam się, że dziewczyna zbierze się w sobie (oraz przy okazji ekipę) i bez oglądania się wstecz, rzuci się prosto w płomienie. Zwykle taki rozwój fabuły potrzebuje gdzieś z dwie i półki książki. Bardzo polubiłam główną bohaterkę serii, a zarazem narratorkę, już w pierwszym tomie. Mare ma w sobie prawdziwą iskrę; jest silna, pewna siebie, skoncentrowana na swojej misji. Posiada jednak, jak każdy człowiek wady, które czytelnik miał okazję częściowo odkryć w poprzednim tomie - Mare to mimo wszystko młoda dziewczyna posiadająca uczucia, słuchająca głosu serca, który czasami można by nazwać naiwnością. Bardzo dużo przeszła, a to odcisnęło na niej swoje piętno, co mimo mojej ogromnej sympatii, irytowało mnie jednak dość mocno, ponieważ "Szklany miecz" pełen jest... angstu. Mare miała dużo okazji, aby pogrążyć się w myślach i wszystkie je przelano na papier. Jej wątpliwości, wnioski, wspomnienia, uczucia... Trochę mącące było również to, że niejednokrotnie jej myśli sobie przeczyły, gdy zbaczała na temat tego kim jest, kim była, kim się staje. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, jednak mimo używania innych słów, mimo formułowania różnych zdań, było tego po prostu za dużo i osobiście uważam takie nagromadzenie angstu za dość męczące.

W "Szklanym mieczu" mamy okazję bliżej poznać również pozostałych bohaterów, nie tylko tych, którzy pojawili się wcześniej, ale również parę nowych osób i przyznam, że jest to bardzo wciągające oraz interesujące, ponieważ w "Czerwonej Królowej" stosunki między bohaterami były w pewien sposób prostsze, ukryte pod pelerynką konwenansów. Teraz, Victoria Aveyard, rzuciła swoje postacie na głębokie morze, prosto w prawdziwy świat, który różni się od pięknych przestrzeni królewskiego pałacu. Pokazała Nortę - państwo, w którym dzieje się akcja - z zupełnie innej, czerwonej strony. Nie jest łatwo, lecz na pewno bardzo interesująco. Sposób, w jaki to zmienia niektórych... Trzeba to przeczytać samemu!

Czytając "Szklany miecz" nasuwały mi się skojarzenia z innymi książkami. Szczególnie jeden przełom w fabule, który znajdziemy już przykładowo w "W pierścieniu ognia", jednak jak poprzednim razem Victoria Aveyard wplata to w fabułę naturalnie. Widziałam niejedną recenzję pierwszego tomu serii, chcąc często zobaczyć, czy inni pokochali tę historię tak mocno jak ja, na co zwrócili uwagę i widziałam nie raz narzekania na 'zapożyczenia' z innych, podobno gatunkowych książek i zastanawiałam się, czy do pewnego stopnia wszystkie antyutopie nie są do siebie podobne? Powiedziałabym, że duża część książek, nie tylko tego rodzaju, jest schematyczna, a jednak autorom udaje się wychodzić obronną ręką, ponieważ obracają to na własną korzyść i dla mnie Victoria Aveyard stworzyła własną, elektryzującą opowieść inspirującą się - a nie powtarzającą - najlepszymi.

"Moje myśli, pomimo wszystkiego, co się wydarzyło, ulatują daleko stąd, do lodowatych oczu, pustej obietnicy i pocałunku na łodzi."

"Czerwona Królowa" zakończyła się ostro, gwałtownie. Sugerowała pewnego rodzaju zachowanie bohaterki w przyszłości, ale gdyby się nad tym zastanowić, to czy mimo zdrady, tak łatwo zapomnieć i stłumić miłość wobec drugiej osoby, odciąć się od tego wszystkiego? Według mnie nie. Emocje rządzą się swoimi prawami i często tęskni się za czymś, co ostatecznie nie było prawdą i Victoria Aveyard poprowadziła ten wątek cudownie w "Szklanym mieczu". Możecie sobie więc tylko wyobrazić, jak kończy się ten tom. Niesamowicie mocny akcent, choć równocześnie spodziewałam się, że książka zakończy się w podobnym punkcie.

Premiera: 9 luty (Ameryka)17 luty (Polska)
Tytuł oryginału: The Glass Sword
Seria: Czerwona królowa
Tom: 2
Liczba stron: 560
Ocena: 7,5/10
Recenzja "Czerwonej królowej"
"Jestem mieczem wykutym przez błyskawicę i ogień– Cala i Mavena. Jeden już mnie zdradził, drugi może odejść w każdej chwili. Ja jednak nie boję się tego, że będę miała złamane serce. Nie boję się bólu. Boję się, że pewnego dnia obudzę się w próżni, gdzieś, gdzie nie będzie przyjaciół ani rodziny, będę tylko ja, samotna błyskawica w sercu mrocznej zawieruchy. Nawet jeśli jestem mieczem, to nie zostałam zrobiona ze stali, ale ze szkła, i czuję, że powoli zaczynam pękać."

"Szklany miecz" to bardzo dobra kontynuacja serii, którą ominął syndrom drugiego (kiepskiego) tomu, z czego bardzo się cieszę. Historia, którą tutaj znajdziecie jest bardziej złożona oraz niezwykle znamienna i prowadzi czytelnika do mocnego zakończenia. Zdecydowanie polecam Wam "Czerwoną Królową" oraz jej niesamowitą drugą część "Szklany miecz". Jest to jedna z moich najukochańszych serii!

Najciekawsze cytaty ze "Szklanego miecza" znajdziecie na Nicole's quotes.
Podziel się
"Hannibal" to serial wyjątkowy w dzisiejszej telewizji. Rozpoczynając od obowiązkowego ostrzeżenia na początku (i po każdej przerwie!) o tym, że pokazywane są sceny nieodpowiednie dla pewnych widzów, a kończąc na genialnej tudzież wręcz chorej wyobraźni twórców. "Hannibal" został doskonale przyjęty przez krytyków oraz widzów na całym świecie, jednak wszystko, co dobre, szybko się kończy, więc sezon trzeci jest równocześnie ostatnim.

Finał drugiego sezonu był bardzo krwawy oraz łamiący serce. Z emocji trudno było oddychać - czasami na samą myśl nadal nie jest łatwo. Pierwszy odcinek kolejnej serii jest więc spokojny, wyjątkowo powolny, nawet jak na "Hannibala", który to kupił bilet w jedną stronę do Europy, gdzie rozpoczął nowe życie oraz odnalazł spokój. O jego ofiarach, którym udało się wyjść cało (bądź nie do końca), nie można niestety powiedzieć tego samego.

*mrug mrug*
Tak, jak ślamazarny i rzekłabym nawet nieciekawy jest pierwszy epizod, tak genialny i ponownie trzaskający moje biedne serce na kawałki jest odcinek drugi. Swoją drogą przeżywalność bohaterów "Hannibala" jest sprawą niesamowicie fascynującą oraz praktycznie niewytłumaczalną, zwłaszcza że - ZNOWU - mój ulubiony bohater został pochowany. I tym razem już chyba na dobre...

Ostatni sezon "Hannibala" podzielono na dwie części - pierwsza składa się z siedmiu odcinków, które wystawiają cierpliwość widza na próbę. To prawda, że "Hannibal" od zawsze słynął z wolniejszego tempa; jest to nawet jedna z cech, które tak bardzo mnie zachwyciły w serialu i świadczą o jego wyjątkowości. Jednak są pewne granice ślimaczego rozwoju akcji - dosłownie ślimaczego, ponieważ te właśnie stworzenia zostały wielokrotnie zaprezentowane (swoją drogą w większości przypadków w trakcie kopulacji...) w ciągu tych siedmiu odcinków.

Drugim, stałym elementem pierwszych siedmiu odcinków są retrospekcje, a ja już nie wiem, czy to było wcześniej pokazane w serialu, czy jednak nie, a więc nie potrafię powiedzieć, czy pełniły one formę zapychaczy, czy jednak rozwijały dalej ważne wątki z poprzedniego sezonu. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Nie zabrakło oczywiście smaczków z książek, takich jak dosłowne dialogi oraz przeniesienie niektórych scen na mały ekran dokładnie tak, jak były opisane i to było dla mnie ponownie cudowne oraz magiczne, jak w poprzednich sezonach. Najwięcej jest tutaj nawiązań do czwartej powieści Thomasa Harrisa "Hannibal. Początek". A w drugiej części sezonu jest takich momentów zaczerpniętych dosłownie z książki o wiele więcej, więc można już zacząć drżeć z emocji!

Wszystkie gify z tumblr.com
Odcinki od ósmego do trzynastego są bowiem ABSOLUTNIE wspaniałe. Obejrzałam je jednym tchem. Jest to w większej części magnetyczna ekranizacja "Czerwonego smoka" Thomasa Harrisa, niż adaptacja, choć i dodatków nie zabrakło. Co za suspens, co za magia na ekranie. Oglądając to moje serce łkało, że nie doczekam się przedstawienia "Milczenia owiec" w podobnej formie, zwłaszcza gdy Bryan Fuller - twórca "Hannibala" - zapowiedział, że materiału jest na jeszcze co najmniej dwa sezony.

Przyznam jednak, że uważam, że każdy serial powinien zakończyć się w odpowiednim momencie. Ciągnięcie na siłę kończy się tylko rosnącą nienawiścią, monotonią, zmęczeniem, oglądaniem z przyzwyczajenia tytułu, który kiedyś skradł nam serce. Oglądając pierwszą połowę trzeciego sezonu "Hannibala" pomyślałam, że to w sumie dobrze, że anulowano go w momencie, w którym fani nadal kochają serial i silnie o niego walczą, Potem jednak obejrzałam drugą część i pękało mi serce, choć "Hannibala" zakończono w taki sposób, że historia jest w pewien sposób zamknięta. Ostatnie minuty strasznie skojarzyły mi się z zakończeniem drugiego sezonu innego serialu, a ponieważ łatwo to skojarzyć, więc nie będę pisać jakiego. Koniec "Hannibala" jest magnetyczny oraz bardzo sugestywny, ale to też jedna z charakterystycznych cech tego serialu.

Sezony: 3
Odcinki na sezon: 13
Czas trwania odcinka: 43 minuty
Ocena: 8/10
Trzeci sezon jest równie mocno warty obejrzenia, co cały serial, który gorąco polecam. Aż mam ochotę ponownie sięgnąć po książki, aby delektować się tymi genialnymi smaczkami. Swoją drogą jest to serial, przy którym spokojnie można przeczytać książki przed obejrzeniem, bez obawy, że będzie się siedziało i nudziło, ponieważ już przecież wszystko to znamy i widzieliśmy oczami wyobraźni...

"Hannibal" to jeden z moich ulubionych seriali, który doskonale się ogląda z naprawdę wielu powodów. Są tu między innymi intrygujący bohaterowie, specyficzne tempo, sugestywność, genialne zwroty akcji, porąbane, chore zbrodnie, a nawet ślimaki! Tak bardzo żałuję, że to już koniec tej podróży...
Podziel się
Tytuł oryginału: The Treatment & The Recovery
Seria: Program
Tom: 2 & 2.5
Liczba stron: 382 & 60
Ocena: 5,5/10
"Program" autorstwa Suzanne Young to seria, która przez kilka ostatnich lat była owiana swoistą legendą ze względu na panującą modę na książki podobne do "Igrzysk Śmierci", podsycaną entuzjastycznymi opiniami zza oceanu, a na dokładkę z autorką, która nawet nazywała się podobnie! W końcu seria trafiła do Polski. Jak legenda wygląda w rzeczywistości?

"Może takie było nasze przeznaczenie, obiecywać sobie rzeczy, na które nie mieliśmy wpływu, byle tylko podtrzymać wiarę w drugiej osobie."

James i Sloane chcieli na zawsze wyrwać się z macek Programu, jednak ten nie zamierza tak łatwo się poddać, więc ich nowe życie zamienia się w ciąg ucieczek. Nie pomaga fakt, że chcąc nie chcąc stali się częścią grupy buntowników, którym nie wiedzą, czy mogą zaufać. Sloane wie jednak, że ich jedyną szansą na jakiekolwiek życie jest obalenie programu, a kluczem do tego może być Kuracja - tabletka przywracająca wspomnienia zabrane przez Program. Istnieje jednak tylko jedna sztuka...

Szybko sobie przypomniałam, dlaczego tak trudno czytało mi się początek "Plagi samobójców". Niestety już do końca drugiego tomu nie wczułam się w akcję wystarczająco, aby przestać zauważać, jak nieprzyjemny oraz chaotyczny styl ma Suzanne Young. Sloane jest pierwszoosobową narratorką, która cierpi chyba na zaniki pamięci, ponieważ raz kogoś kocha, ufa, ślepo pójdzie za nim w świat, a dwie strony dalej zarzeka się, że nie wie, czy będzie mogła tej osobie kiedykolwiek zaufać, ale następne pięć stron dalej stwierdza, że w końcu może obdarzyć ją zaufaniem. Cóż za mętlik! Z tego powodu sięgnięcie po jakąkolwiek książkę Suzanne Young na pewno sobie gruntownie przemyślę (w tym momencie jestem mocno na nie), ponieważ ja już rozumiem nie wyrobienie sobie stylu przy debiucie, ale po napisaniu kilku serii?

Drugim powodem, dlaczego jestem na nie do jej twórczości jest fakt, że Suzanne Young traktuje związki nastolatków absolutnie po macoszemu, ograniczając je do wzajemnego pożądania, a więc tylko do kontaktów fizycznych. To dla autorki definicja wszystkiego, co mocno mnie odrzuciło, gdy Sloane i James, jak już rozmawiali, to się wyłącznie kłócili oraz obrażali na siebie wzajemnie, jak pięciolatki...

“Wszyscy zatajaliśmy pewne rzeczy przed innymi - wymagał tego od nas świat, w którym przyszło nam żyć. Kryliśmy się z naszymi prawdziwymi uczuciami, ukrywaliśmy naszą przeszłość, nie ujawnialiśmy przed nikim naszych prawdziwych zamiarów. Nikt już nie umiałby rozróżnić prawdy od pozoru.”

"Kuracja samobójców", podobnie jak pierwszy tom, na szczęście nadrabiała w jakiś sposób fabułą oraz zwrotami akcji. Autorka ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu oraz niedowierzaniu pokierowała opowieścią w taki sposób, że byłam pod prawdziwym wrażeniem, ponieważ gdybym postawiła forsę na rozwój fabuły, to bym musiała się z nią pożegnać. To wydawało mi się takie oczywiste... Jednak nie narzekam! Wbrew pierwszoosobowej narracji, to nie Sloane odgrywa pierwsze skrzypce, nie jest twarzą oraz symbolem... no cóż wszystkiego, co jest dla mnie bardzo na plus. Zakończenie "Kuracji samobójców" tylko to potwierdza i to tak bardzo mi się spodobało. 

Sophiegram
Wydawnictwo Feeria zrobiło czytelnikom nie lada niespodziankę, gdy okazało się, że "Kuracja samobójców" jest taka solidna z powodu faktu, że zawiera nie tylko drugi tom, ale również kontynuację (część 2,5) zatytułowaną "Rehabilitacja"! Ja osobiście bardzo się cieszę, ponieważ wciąż wydawanie wszystkich nowelek do popularnych serii jest w Polsce odległym marzeniem.

"Zaczynał rozumieć, że nigdy nie zmieni przeszłości ani nie posiądzie mocy przepowiadania przyszłości, że ma tylko chwilę obecną.
I że czasami… tylko ona istnieje naprawdę."

"Rehabilitacja" to 60-stronicowe opowiadanie o dalszych losach Michaela Realm'a, który zmaga się z poczuciem winy z powodu czynów popełnionych w przeszłości. Wyrusza więc w pokutną podróż w towarzystwie Jamesa. Wniosek numer jeden: autorce nie wychodzi też narracja trzecioosobowa. Wniosek numer dwa: jak skończyło się tak fajnie, emocjonalnie tom drugi, to nie robi się takich zwrotów akcji w kontynuacji, bo magia... pryska. Ten Michael to był dopiero dziwną postacią. Jak jeszcze w "Pladze samobójców" był uroczy oraz interesujący, to w "Kuracji" wyszedł na lekkiego psychola, ale swoją winę może też ponosić jakże chaotyczna oraz przecząca sobie narracja...

Kliknij, aby powiększyć
"Kuracja samobójców" to jednoznaczne zakończenie serii "Program". Świat, w którym żyli Sloane i James przeszedł gruntowaną zmianę, a takiego właśnie końca tej historii można było oczekiwać. W dwóch słowach: zamknięty rozdział. Z tego powodu bardzo zdumiało mnie, że z tyłu okładki (możecie zobaczyć ją z boku) jest zapowiedź trzeciego tomu - "Leku dla samobójców", kiedy właściwie w serii "Program" zostały tylko dwa opowiadania, kolejno półtomy 0,5 oraz 0,6. Co prawda autorka idąc na fali napisała kolejną książkę osadzoną w tym świecie, ale nie zalicza się ona do serii, więc naprawdę nie mam pojęcia, co będzie zawierał trzeci tom *muzyczka z Archiwum X*.

"Program" nie jest może najlepiej napisaną serią, co szczególnie mocno da się odczuć w trakcie czytania drugiego tomu, jednak na pewno przykuwa uwagę ciekawymi zwrotami akcji oraz zaskakującym poprowadzeniem fabuły.

Najciekawsze cytaty z "Kuracji samobójców" znajdziecie na Nicole's quotes.
Podziel się
Tytuł oryginału: The 5th Wave
Czas trwania: 1 h 52 min
Premiera: 15 kwietnia 2016 (Polska)
14 stycznia 2016 (świat)
Ocena: 8/10
Jeżdżąc berlińską komunikacją szybko zauważyłam plakaty promujące "Piątą falę", jednak byłam silna w swoim postanowieniu nie chodzenia do niemieckich kich z powodu - ugh - dubbingu. Postanowiłam jednak sprawdzić, kiedy polska premiera, zastanawiając się, czy uda mi się ten film obejrzeć jeszcze w styczniu. Okazało się jednak, że zaplanowana jest... dopiero na kwiecień. Rozpoczęłam więc bez większych nadziei poszukiwania niemieckiego kina, które puszczałoby film z napisami i znalazłam miejsce, gdzie można obejrzeć wersję oryginalną. Nie zastanawiając się długo wybrałam się do kina!

Pojawienie się niezidentyfikowanego obiektu na niebie było tylko początkiem. Najpierw obcy odebrali ludziom elektryczność, a następnie zdziesiątkowali populację ziemi powodując powodzie, klęski żywiołowe oraz wywołując zarazę. Czwarta fala przywróciła pamięć uśpionym agentom, którzy mieli za zadanie wyłapanie i wybicie pozostałych ludzi. To świat, w którym żyje Cassie, poszukująca młodszego braciszka, z którym została rozdzielona oraz Zombie, szkolony do walki z Obcymi.

Przed rozpoczęciem się filmu byłam trochę niepewna. "Piąta fala" to książka napisana bardzo dobrze i wcale nie najprostszym językiem, dodatkowo autor posługiwał się specyficznym słownictwem, np. nazywając czwartą falę uciszaczami. Jednak ekranizacja jest niezwykle przyjemna w odbiorze i ucieszyłam się, że nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem oryginalnej wersji.

Wszystkie gify z tumblr.com
"Piąta fala" zaskoczyła mnie pod wieloma względami i choć nie wszystko wyszło idealne, to na pewno moje ogólne wrażenie jest pozytywne. Szybko wciągnęłam się w płynną, dynamiczną akcję, przeżywając wyjątkowo doskonale przedstawione kolejne fale spadające na nieprzygotowaną ludzkość. Naprawdę podobają mi się dobrze zrobione sceny apokalipsy, więc dlatego byłam np. pod wielkim wrażeniem efektów specjalnych filmu "2012" i nie zawiodłam się oglądając "Piątą falę". Ciemność, Powódź oraz Plagę - pierwsze trzy fale oddano znakomicie. 

Muszę jednak powiedzieć, że nie wszystkie efekty specjalne w filmie były tak wspaniałe. Najbardziej rozczarowało mnie wyobrażenie Obcych, które było na równi ohydne, co niezbyt przekonujące, jeżeli chodzi o realność ich wielkości... Ciężko to opisać bez zobaczenia tego, jednak na pewno powiem, że jak na film, który tak znakomicie pokazał zniszczenie ziemi, wyszło im takie marne science fiction z praktycznie najważniejszą rzeczą... Pomyślałam z goryczą o elegancji wyglądu kosmitów z "Intruza" Meyer. Dodam, że statek kosmiczny również mnie nie powalił.

Wyjątkowo słabo wyszła również ważna scena, w której Cassie rozdzieliła się ze swoim braciszkiem. Nie mam już pojęcia, jak dokładnie wyglądało to w książce, ale wydaje mi się, że nie było to wcale tak, jak pokazano ją w filmie. Za to moja ulubiona scena, to ta, w której Evan wyszarpuje Cassie pistolet z dłoni - niezły trik!

Cassie... Z jednej strony podziwiam tę dziewczynę, a z drugiej strony mam uraz do tego imienia, a nie pomaga fakt, że Chloë Grace Moretz wygląda tak podobnie do bohaterki, która mnie do niego zraziła. Jednak zaskakując mnie Chloë zagrała bardzo dobrze i nie wywoływała wcale odruchów wymiotnych, jak w "Jeśli zostanę". Nawet, co jest wielkim komplementem, uważam, że zwłaszcza pod koniec filmu wygląda wyjątkowo ładnie!

Bardzo lubiłam Evana w książce. Była to tajemnicza oraz intrygująca postać, a w filmie... no nie mogłam na niego patrzeć. Jego wygląd był dla mnie wielkim zaskoczeniem, zwłaszcza że nie wiem czemu, ale w głowie miałam Toma Feltona z jego szczupła sylwetką i jasnymi włosami. Ringer, która ma odgrywać najważniejszą rolę w kolejnej części trylogii również niespecjalnie mnie zachwyciła, nie mówiąc o tym, że zastanawiam się, jak to wszystko przedstawią, gdy "Bezkresne morze" ma inną główną bohaterkę, a końcówka filmu zapowiadała coś innego.

#zaklepany
Za to Ben (Nick Robinson [napisała bez sprawdzania, bo czekała w kinie na napisy, aby go obczaić]) jest, jak najbardziej w moim typie i już powiadomiłam eM, że jest zaklepany. Amen. Na pewno w książce Zombie był bardziej rozbudowaną postacią, jednak to, jak dbał o swoją grupę, a zwłaszcza o Nuggetsa, oddano ujmująco. W tym momencie muszę wspomnieć, że mimo poważnej fabuły, znalazło się miejsce na parę zabawnych momentów, które do mnie bardzo trafiły. Ich ksywki przypomniały mi jednak o tym, że warto sięgnąć po obejrzeniu filmu po "Piątą falę", aby odkryć te wszystkie smaczki, które mogły umknąć widzom, ponieważ po prostu nie poświęcono uwagi na wyjaśnianie wszystkich kwestii, choć film ma częściowo narrację pierwszoosobową.

Polubiłam książkę, mocno spodobał mi się film - na tyle, aby po obejrzeniu natychmiast chcieć zobaczyć go ponownie i rozważać wybranie się do kina raz jeszcze - i mogę polecić obie pozycje, choć tradycyjnie już w odwrotnej kolejności.
Podziel się
Premiera: 27 stycznia 2016 r.
Tytuł oryginału: Vicious
Seria: Pretty Little Liars
Tom: 16/16
Ocena: 7/10
Dla fanów: Plotkary
Pierwszy raz w życiu żegnam się z tak długą serią, ponieważ składającą się w sumie z osiemnastu części wraz z dodatkami, którą czytałam od samego początku, od pierwszego tomu "Kłamczuchy", który opublikowano w Polsce w 2011 roku. Pięć lat później poznałam zakończenie historii czterech dziewczyn z Rosewood... Co ono skrywa? Zapraszam do obejrzenia recenzji!

OPIS: Zawsze będę was obserwować.
A.

Aria, Hanna, Spencer i Emily zostały oskarżone o zabicie Alison i wkrótce mają stanąć przed sądem. Wszyscy są przekonani o ich winie. Tylko one wiedzą, że zostały wrobione. Mają coraz mniej szans na uniknięcie więzienia, bo mordercze intrygi A. wciąż stanowią zagrożenie.
W obliczu nieuchronnego dziewczyny zaczynają postępować nierozsądnie i popełniają błędy. Ale to Emily podejmie najbardziej dramatyczną decyzję, która zmieni życie kłamczuch na zawsze.
Podziel się
Przed Wami subiektywnie najlepsze, najwspanialsze oraz najbardziej zapadające w pamięć (i w większości dotąd na blogu nie opisane!) seriale zeszłego roku. Uzbierała się przyzwoita lista, dlatego zdecydowałam się poświęcić im osobny post i krótko opowiedzieć, co tak mnie urzekło w tych tytułach. Zapraszam!
"Teoria wielkiego podrywu" to taki 'rozbawiacz', który miał zastąpić w tej roli "Jak poznałem Waszą matkę". Bardzo szybko jednak serial przypadł mi do gustu, a w szczególności jego siódmy sezon. Planuję poświęcić historii czwórki nerdów cały Miesiąc z... i mam nadzieję, że uda mi się to zrobić już niedługo!
Rok 2015 oznaczał nieuchronny koniec "Hannibala". O ile oglądając pierwszą połowę trzeciego sezonu miałam pewne zrozumienie dla tej decyzji, ponieważ według mnie, już lepiej skończyć serial, gdy jest jeszcze dobry, to potem rozpaczałam po obejrzeniu drugiej części, ponieważ była tak genialna! Niedługo recenzja!
"Jessica Jones" świetnie się wpasowała czasowo w moją (ponowną) fazę na Davida Tennanta i obserwowanie go na ekranie, jako najlepszego czarnego bohatera wszech czasów było wspaniałą rozrywką. Napisałam już jeden post o samej postaci Kilgrave'a(klik!), ale na pewno opiszę jeszcze cały sezon pierwszy, a mam sporo do powiedzenia. W skrócie fani Marvela na pewno nie będą zawiedzeni.
"Broadchurch" to kolejny serial, który obejrzałam przede wszystkim z powodu grającego tam Davida Tennanta *faza*. Niespodziewanie jednak porwał mnie senny klimat miasteczka oraz tajemnica śmierci małego chłopca, ponieważ serial ten pokazuje o wiele więcej niż zwykłe tropienie mordercy. Mamy tutaj różne osoby, które muszą sobie z tym radzić, a w sezonie drugim możemy obserwować przebieg procesu na równi z powrotem do przeszłości głównego bohatera. Niesamowity klimat i jeden z najlepszych serialów detektywistycznych, jakie widziałam (posty pełne zachwytów się piszą!).
Okej, bez bicia powiem, że nie byłam dobrze nastawiona do "Agentki Carter" po "Kapitanie Ameryki", ale pokochałam ten serial od pierwszego odcinka! Jest przewspaniały. Już mam przygotowaną recenzję, ale odkładam ją na mój Miesiąc z... Marvelem. 
Ha! O "iZombie" udało mi się za to napisać, moją recenzję znajdziecie tutaj. Tak bardzo podoba mi się komiksowy klimat i totalnie podziwiam aktorkę ogrywającą główną rolę, ponieważ nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać, kiedy pożywianie się mózgami powoduje przejęcie części osobowości zmarłej osoby... Brzmi ciekawie prawda? Już niedługo będę nadrabiać sezon drugi, nie mogę się doczekać!
"Selfie" to serial, który spotkał przedwczesny koniec, a ja kompletnie nie potrafię zrozumieć dlaczego, gdy był taki zabawny, uroczy, ale i naprawdę mądry. Miał niesamowitych bohaterów, jest bardzo na czasie, więc tym większa moja rozpacz, gdy pokochałam go w czasie oglądania tych krótkich trzynastu odcinków. Więcej poczytacie tutaj.
Ach, Supernatural. Mój ambitny plan zakłada zorganizowanie Miesiąca z... już w marcu (dwa miesiące przerwy semestralnej, to jest to) i wreszcie opisanie tych wszystkich rzeczy, które pokochałam w ciągu intensywnego oglądania serialu w zeszłe wakacje. Właśnie leci jedenasty sezon, a ja nie mam zamiaru zostawiać tej historii!
"Sposób na morderstwo" to moje pierwsze i wyjątkowo udane spotkanie z serialem prawniczym. Ta historia jest po prostu niesamowita i jestem pod takim wrażeniem tego, jak eskaluje jedna zbrodnia na życie tak wielu osób i dokąd ich to prowadzi... O pierwszym sezonie przeczytacie tu.
Na koniec dwa odcinki, które w ostatnim czasie wyjątkowo zapadły mi w pamięć, więc chcę je wyróżnić, czyli świąteczny odcinek 9-ego sezonu "Doctora Who" o mojej ukochanej żeńskiej postaci River Song oraz dziesiąty odcinek również 9-ego sezonu "Teorii Wielkiego Podrywu", który mnie tak niesamowicie urzekł, że widziałam go już chyba pięć razy!

Oglądacie któryś z tych seriali? Jaki spodobał Wam się najbardziej w 2015 roku?
Podziel się
Tytuł oryginału: Bad girls don't die
Seria: Złe dziewczyny nie umierają
Tom: 1/3
Liczba stron: 356
Ocena: 8/10
Dla fanów: "Magicznego Kręgu" Libby Bray
Kilka miesięcy temu książka "Złe dziewczyny nie umierają" nie zwróciłaby specjalnie mojej uwagi. Tak, tytuł z pewnością rzuca się w oczy, ale ja niekoniecznie sięgam po powieści paranormalne czerpiące garściami z horrorów. Jednak po obejrzeniu "Supernatural" nabrałam ochoty na takie właśnie historie i w ostatnim czasie sięgam po nie coraz odważniej (choć przyznam, że przerwałam czytanie "Złych dziewczyn" o północy, co by nie przeholować z tym całym byciem odważnym!).

Nie każdy może być cheerleaderką. Na pewno nie chce nią być ani tym bardziej mieć z nimi coś wspólnego Alexis, wyobcowana nastolatka woląca spędzać czas z aparatem, niż osobami ze swojego liceum. Jej młodsza siostra, która również trzyma się na uboczu, kolekcjonuje stare lalki, jednak Lexi uważa, że ostatecznie ich życie nie jest takie złe, mogłoby by być gorzej. Do czasu, gdy widzi w nocy tajemniczą poświatę. Wtedy dopiero rozpoczyna się prawdziwa zabawa. Samoistnie zamykające się drzwi, gotująca woda i klimatyzacja pracująca na całego, pomimo odłączenia jej od prądu. Jeszcze te dziwne przewidzenia, że oczy jej siostry skrzą się jasnozielonym światłem, a słowa których zaczyna używać są archaiczne. Jednak to tylko wrażenie. Prawda?

"Jeżeli to ja zabroniłabym rodzicom wstępu do mojej sypialni, najpewniej założyliby, że rozkręcam międzynarodowy kartel narkotykowy."

Piętnastoletnia Alexis jest główną bohaterką książki oraz narratorką, a ja od razu ja polubiłam. To nie postać z cyklu "przyczajona piękność, nie zrozumiana przez (licealny) świat, czekająca na księcia". O nie, to dziewczyna z różowymi włosami, Szwadronem Zagłady u boku, wiedząca doskonale, jak dogryźć komuś, kto mógłby się jej czepiać. Nawet rządzące szkołą cheerleaderki nie mają z nią szans w potyczkach słownych. Lexi ma charakterek, ale nie zachowuje się ponad swój wiek. Miała być piętnastoletnia dziewczyna? Jest taka w każdym calu, a do tego posiada ciekawą, dobrze opisaną pasję, którą jest fotografowanie.

Alexis to osoba spostrzegawcza, ale również rozsądna, dlatego tym trudniej jej uwierzyć w to co, wydaje się jej, że widzi. Znacznie łatwiej wszystkie wydarzenia oraz dziwaczne zachowanie siostry wytłumaczyć urojeniami, zmęczeniem, przewidzeniem. W tym miejscu dodam, że tajemnicze, niepokojące zjawiska, które zostały opisane w "Złych dziewczynach" wcale nie są jakoś szczególnie odkrywcze, a jednak książka posiada ciekawy, trochę zabawny, na poły niepokojący klimacik, więc czytało mi się ją naprawdę przyjemnie.

“Nie potrafię być sobą w twoim towarzystwie, kiedy ty także jesteś sobą. Po prostu powiedz coś prawdziwego. Wszyscy tak bardzo się starają i zawsze kończy się jednakowo. Chciałabym po prostu, by ktoś powiedział coś prawdziwego.”

Drugoplanowi bohaterowie "Złych dziewczyn" są mniej wyróżniający się, jednak zdecydowanie sympatyczni. Delikatny wątek romantyczny jest naprawdę uroczy. Niespodziewani przyjaciele, jak i starzy znajomi ze Szwadronu Zagłady dobrze uzupełniają akcję. Kasey, trzynastoletnia siostra Alexis, to zdecydowanie interesująca postać! Na dokładkę mamy jeszcze niedoskonałych, lecz starających się rodziców dziewczynek, więc aż muszę zaznaczyć, że dawno tak bezproblemowo nie zaakceptowałam wszystkich bohaterów książki.

Sedno "Złych dziewczyn" jest przerażająco proste, a jednak ma w sobie swoisty urok i cała historia przedstawiona jest w taki sposób, że naprawdę nie przeszkadza mi ta prostota; owo tragiczne wydarzenie, które zaowocowało takim rozwojem wydarzeń, zwłaszcza gdy jest parę fajnych zwrotów akcji i ciekawych zagrań. Wierzę w to, że autorka jeszcze się rozkręci z zawiłościami fabularnymi!

"Złe dziewczyny" były dla mnie przyjemnym zaskoczeniem. To klimatyczna, zabawna, ale i częściowo straszna opowieść dla nastolatków z charyzmatyczną główną bohaterką. Pierwszym tom przypadł mi do gustu, więc mam nadzieję, że podobnie będzie z kolejnymi (zwłaszcza, że ich oceny są coraz lepsze)!
Podziel się

Tęskniliście za Doctorem? Ja bardzo! Zwłaszcza, że nie oglądałam na bieżąco, lecz czekałam na finał, dwanaście tygodni - "I did my waiting... 12 years of it... In Azkaban!" - aby obejrzeć cały sezon za jednym zamachem. Okazało się to naprawdę dobrym pomysłem!

Wszystkie gify z tumblr.com
Jak każdy sezon, również i ten miał swój przewodni motyw, jeżeli można tak powiedzieć, ponieważ według mnie po prostu go zmarnowano, jak jeszcze nigdy w Doctorze Who i skończyło się, że była to seria o ratowaniu Clary z opresji. Nie ważne, co się działo, panna Oswald pakowała się w niebezpieczeństwo, a Doctor ruszał na ratunek, gdy robiło się gorąco. Clara powinna odejść dawno temu. Nie odmówię Jenn'ie Coleman talentu aktorskiego, bo w kryzysowych sytuacjach Clara potrafiła być bardzo przekonująca, ale nie bez powodu najlepszy odcinek sezonu był ten, w którym Clary praktycznie nie było.

Oglądałam kolejne odcinki tego sezonu i myślałam sobie, że wciskanie tej towarzyszki w fabułę nie mogło wyjść bardziej na siłę. Nie chodzi nawet o fakt, że nie przepadam za Clarą, ponieważ w przypadku "Doctora Who" każdy towarzysz ma w sobie coś, co lubię i czego naprawdę nienawidzę. Jednak twórca serialu najwidoczniej bardzo przywiązał się do tej właśnie postaci, co skończyło się tym, że starano się pokazać ją z jak najlepszej strony. Mało brakowało, a byłby to serial Clara Who. Starano się podkreślić, jak to Clara i Doctor są do siebie podobni, więc ona próbowała być Doctorem. Ryzykowała nie mając nic do stracenia. Czasami nie mogłam już patrzeć na te próby bycia zabawną, fałszywie beztroską. Na szczęście to już koniec! Po obejrzeniu dziesiątego odcinka powiedziałam po prostu nareszcie. I co? Okazało się, że kolejny jest przerażająco dobry, a Clary ledwo tam było. Nie mam jednak złudzeń i wiem, że i kolejny towarzysz Doctora nie będzie doskonały. Nie da się zadowolić wszystkich fanów.

Dziewiąty sezon jest inny od ósmego z kilku powodów. Po pierwsze w końcu powróciły dwuodcinkowe historie. Od początku uwielbiałam to w "Doctorze Who" i tęskniłam za tym. Teraz pojawiły się nagle cztery takie historie. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy komuś nie wyczerpują się pomysły, gdy nawet ja widziałam sposób na skrócanie niektórych wątków. W każdym razie sezon skończono aż trzyodcinkową, epicką historią, a to coś nowego. Jest więc w tej serii tylko jeden, samodzielny odcinek napisany przez Marka Gatissa.

W tym sezonie można było podziwiać naprawdę sporo efektów specjalnych. Tak haniebnie niewykorzystanych. W porównaniu do pierwszych sezonów to jak niebo i ziemia, a nawet w przypadku innych seriali poziom wizualny jest tutaj na wyższym poziomie, ale to nie o popisywanie się budżetem chodzi w "Doctorze Who", choć czasami miałam właśnie takie wrażenie.

Do dziewiątej serii podeszłam z pewną nieufnością. W ósmym sezonie nie widziałam w Dwunastym Doctora. Po prostu nie mogłam jego zaakceptować, z jego grubiańskim zachowaniem i szokującymi tekstami. W tym sezonie widziałam w Dwunastym trochę z Jedenastego, który przodował w zachwycaniu się wszystkimi obrzydliwymi rzeczami i stworami. Jednak wciąż zgrzytało. Doctor... zachowywał się, jak Sherlock, jakby był socjopatą. I nie chodzi tu o to, że nie wszystkie regeneracje Doctora były słodkie i urocze, ale o fakt, że potrafili się zachować w obliczu czyjegoś cierpienia. Lepiej niż ktokolwiek rozumieli znaczenie oraz brzemię czyjeś śmierci. I jeszcze kurczę oliwy do ognia dolewały te przeklęte okulary przeciwsłoneczne.

Relacja Clary i Doctora była na swój sposób słodka, ale i niezdrowa. Doctor zawsze potrzebował osoby, która patrzyłaby na świat trochę inaczej, zwracała uwagę na inne aspekty życia. Doctor potrzebował równie mocno słuchacza, co i przyjaciela. Doctor i Clara byli na pewno bliskimi przyjaciółmi, choć nie ma co tu mówić o miłości romantycznej, to ja uważam, że się kochali na swój sposób. To była chyba jedna z najbliższych relacji z towarzyszem w New Who. A jednak... Clara nie do końca miała dobry wpływ na Doctora, ale o tym już pisałam.

Dziewiąty sezon zaskakująco sięga do dawno porzuconych oraz zapomnianych historii. I to bardzo mi się spodobało. Powrót wątków z dawnych serii i ich dalszy rozwój lub nawet rozwiązanie. Znajdziemy tutaj odpowiedzi na pytania, jak przykładowa tajemnica, kto pukał w drzwi na końcu wszechświata? Po tylu sezonach wspomniano Jacka Harkaway'a oraz Amy i Rory'ego. Cudownie było to wszystko zobaczyć oraz przeżyć.

W tym sezonie gościnie zagrała Maisie Williams (Arya z "Gry o Tron") i nie mogę wyjść z podziwu, jak genialna rola jej przypadła, na co wcale nie wskazywał pierwszy odcinek, w którym się pojawiła. "The Girl Who Died" uważam za wyjątkowo słabe przedstawienie wikingów, zwłaszcza gdy porówna się to z przezabawnym oraz ujmującym przedstawieniem Robin Hooda z poprzedniego sezonu. Serial nie pokazał na co go stać. A potem nadeszła druga, absolutnie genialna część tej historii. To mój ulubiony odcinek w serii. Oprócz "The Woman Who Lived", uwielbiam również "Face the Raven" oraz "Heaven Sent". Ten drugi za bardzo sherlockowy klimat.

"Doctora Who" uwielbiam rówież za zwracanie uwagi na dzisiejsze problemy pod kosmiczną przykrywką, o czym była dwuodcinkowa historia o zygonach, swoista kontynuacja odcinka specjalnego na pięćdziesięciolecie serialu (New Who w tym roku obchodzi swoje dziesięciolecie!), jak również zadawanie widzom takich interesujących, filozoficznych pytań, które nierzadko są niczym uderzenie obuchem w głowę.

Wisienką na torcie jest świąteczny odcinek. Tęskniliście za River Song? Tak bardzo bałam się tego odcinka, ponieważ River jest moją ulubioną postacią. A on okazał się chyba najlepszym odcinkiem świątecznym New Who. Powrót do starego wątku, dużo śmiechu i cholernie dużo smutku. Jeden z najwspanialszych odcinków w serialu. Jestem zachwycona!

Dziewiąty sezon "Doctora Who" oglądało mi się o wiele lepiej niż ósmy. Seria ta składała się z wielu wspaniałych elementów, których się nie spodziewałam, ale nie mam nic przeciwko takim niespodziankom.
Podziel się
Tytuł oryginału: Daughter
Powieść w jednym tomie
Liczba stron: 350
Ocena: 6,5/10
Podobne do: książek Rosamund Lupton,
Dziewczyny z pociągu, Ostrych przedmiotów
Dzięki wspaniałym książkom najpierw Rosamund Lupton, a następnie Gillian Flynn rozsmakowałam się w thrillerach psychologicznych. Szybko ten gatunek stał się jednym z moich ulubionych, a ja sięgałam po kolejne tytuł, jak "Dziewczyna z pociągu", które pozytywnie mnie zaskakiwały. Długo się więc nad lekturą, jak głosi okładka, najszybciej sprzedającego się debiutu 2014 roku w Anglii, nie zastanawiałam.

Jenny sądziła, że jej życie jest idealne. Jasne, była bardzo zapracowana i rzadko bywała w domu, ale była szczęśliwą żoną odnoszącego sukcesy neurochirurga, świetną lekarką i matką trójki utalentowanych dzieci. Pewnego dnia jej świat, jego idealny obraz, zaczął pękać, gdy jej piętnastoletnia córka nie wróciła do domu, a śledztwo nie przyniosło żadnych rezultatów. Mija rok, a Jenny wciąż próbuje zrozumieć i odkryć prawdę.

Powieść "Zanim zniknęła" jest podzielona na dwie części. Krótka, dynamiczna część pierwsza wprowadza czytelnika w wydarzenia związane z dniem zaginięcia. Następnie druga rozwija wszystkie wątki i prowadzi do niespodziewanego finału. Narratorką powieści jest Jenny i czytelnik może świetnie zaobserwować zmianę, jaka w niej zaszła w ciągu trzynastu miesięcy.

Bardzo dobrze mi się czytało książkę "Zanim zniknęła", choć muszę zaznaczyć już na początku, że ciężko polubić i bez żadnych zastrzeżeń sympatyzować z bohaterami tej powieści. Ani Jenny, ani jej rodzina nie jest idealna. Nie powiedziałabym, że narratorka jest irytująca, ponieważ nie miałam takiego odczucia. Jest za to pełna wad, w pewien sposób naiwna lub przynajmniej doskonale wierząca w swoje własne kłamstwa. Nie zauważała tego, co jest ważne, dopóki nie było za późno i musiała zapłacić najgorszą cenę z możliwych.

"Cierpienie niczego nie udoskonala. Cierpienie zasmuca, człowiek od niego gorzknieje."

W niezwykle interesujący oraz uważam udany sposób autorka oddała emocje Jenny, kobiety, która myślała, że posiada wszystko, że jest szczęśliwa, że jest dobrą matką. To była narratorka sprzed zaginięcia. Następnie odmienny obraz osoby, która nie potrafi sobie poradzić z tym, że nie wiadomo, co stało się z jej dzieckiem. Naomi, ponieważ tak ma na imię piętnastoletnia córka Jenny, też nie należy do łatwych do zrozumienia i polubienia osób. Zwłaszcza po końcówce książki nie potrafiłam zrozumieć tego, co doprowadziło ją do takiego punktu w życiu, do jej zaginięcia.

Nie będę ukrywać, że tropy pozostawione w książce bardzo trudno ze sobą połączyć. Zwłaszcza, gdy Jenny każdy strzęp informacji interpretuje paranoidalnie, aby znaleźć wytłumaczenie, odpowiedź. Ja na pewno nie połączyłabym wszystkich tych elementów ze sobą, dlatego z jednej strony bardzo mi się podoba, w jaki sposób układanka wyglądała w całości, a z drugiej strony jej istnienie budzi moją wątpliwość, ponieważ to co rozwiązanie przedstawiało już nie spodobało mi się tak bardzo. I tu jeszcze z trzeciej strony dodam, że w pewniej sposób jest jednak akceptowalne. Ach, te burze sprzecznych emocji w czasie czytania książek!

Tak zupełnie na marginesie dodam, że niesamowicie podobało mi się hobby głównej bohaterki, Jenny, która poza byciem świetną lekarką jest również malarką. Sposób w jaki jest to opisane, jest naprawdę wspaniały, ponieważ często mam wrażenie, że dodaje się bohaterom powieści wyróżniające ich zainteresowanie, pasję, umiejętności, żeby podkreślić jeszcze bardziej ich niezwykłość i nie zawsze wypada to naturalnie. Jednak Jane Shemilt wiedziała o czym pisze i aż sama miałam ochotę chwycić za ołówek lub pędzel.

"Ale to nie był film. Romantyczne filmy kończą się szczęśliwie. W realnym życiu tylko początek jest szczęśliwy i nic dobrze się nie kończy. Ale przecież nic w ogóle naprawdę się nie kończy."

"Zanim zniknęła" to powieść, która budzi we mnie sprzeczne emocje. Dobrze się ją czyta, posiada interesujących, choć trudnych bohaterów i kończy się w sposób, na moje odczucia, trochę kontrowersyjny. Myślę więc, że z tych powodów warto samemu przeczytać tę książkę oraz ocenić jej treść.
Podziel się
Książka potrafi cieszyć oko nie tylko wspaniałą treścią, ale i pięknym wyglądem. Często jednak robi się z tego mały paradoks, gdy cudowny wygląd ma za zadanie zakrycie wad treści, a przeciętna okładka staje się w moich oczach najpiękniejszą oraz najbardziej magnetyczną na świecie tylko dlatego, że jest częścią ukochanej książki.

Przed Wami mój subiektywny wybór najpiękniejszych okładek, z którymi zetknęłam się w zeszłym roku. Dotyczy to przede wszystkich przeczytanych w 2015 roku książek, ale również tych, które w tym czasie do mnie trafiły i czekają na swoją kolej na półce lub po prostu wpadły mi w oko.


Podobnie, jak Łza, tak i Wodospad mnie omotał swoim wyglądem. Nie jest to idealna okładka w swoich proporcjach - coś mi nie gra w twarzy tej dziewczyny, a jednak nie mogę się na nią napatrzeć. To jedna z najdziwniejszych książek, jakie czytałam w życiu, ale o tym przeczytacie wkrótce.
"Moriarty" wygrał mnie swoim pięknym kolorem! Swoje oddziaływanie ma też twarda okładka i subtelny, ciemnoniebieski wzór wody. Piękno w prostocie, acz intensywnej!
Cóż mogę powiedzieć... Uwielbiam lata dwudzieste!
Okładki serii Pretty Little Liars zawsze miały w sobie to coś. Proste, białe tło, a jednak ujmujące. "Zatrute" są po prostu piękne.
Okładka "Eleonori i Parka" nie mogłaby być prostsza, a jednak jest dla mnie absolutnie magiczna. Miękka, pastelowa barwa i ta treść. ♥
Okładki "Wszechświatów" są wyjątkowe. Takich detalów nie znajdziecie na żadnej innej okładce. Dlatego tak bardzo kocham pomysł zdejmowanej nakładki z tytułem i możliwością podziwiania tej przepięknej grafiki!
Taka ładna książka z zewnątrz i z przodu i z tyłu.
Okej, mi okładka "Miecz Lata" nie przypadła do gustu, ale wciąż jest jedną z najlepszych okładek, które ukazały się w zeszłym roku. Te kolory, detale, a na żywo to w ogóle powala!
Ta okładka tak bardzo pasuje do treści, że to aż onieśmiela. 

A oto parę okładek książek, które wyjątkowo wpadły mi w oczy, ale jeszcze nie w łapki!

A Wam jaka okładka się spodobała?
Podziel się
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O mnie

Blogerka. Studentka. Mieszkanka Berlina. Whovian. Slytherin. Cheerleaderka Riordana.
Dowiedz się więcej

“Reading is one of the joys of life, and once you begin, you can't stop, and you've got so many stories to look forward to.”

Benedict Cumberbatch

Znajdź mnie

  • Facebook
  • Instagram
  • Tumblr
  • Youtube

Kontakt

Dowiedz się więcej

Niedługo na blogu

Moja kolekcja Funko popów
Moja przygoda ze Skupszopem
Unboxing ostatniego World of Wizardry
Rick Riordan prezentuje
King of Scars

Polecane

  • Streszczenie: Złodziej Pioruna - Rick Riordan
    Cześć, tu Percy. Zostałem przekupiony niebieskimi pączkami, więc oto przybywam, aby powrócić do korzeni i opowiedzieć Wam o początkach mo...
  • W jakiej kolejności czytać książki Ricka Riordana?
    Książki Ricka Riordana są obecne w moim życiu od ponad siedmiu lat. Bez nich prawdopodobnie nie byłoby tego bloga. Zaczęłam czytać se...
  • Najciekawsze wydania Harry'ego Pottera
    Wygląd książki jest bardzo ważny, choć zapytani o to, mówimy, że nie można oceniać książki po okładce, zwłaszcza gdy bronimy ulubionej powi...
  • Streszczenie "Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka" 1/2
    Witam! Wasze piękne oczka Was nie mylą. Poniżej znajdziecie streszczenie pierwszej części scenariusza fan fiction zatytułowanego "...
  • Konkurs
    Na uczczenie sześciu miesięcy specjalnie dla Was konkurs! Do wygrania jest 'Niezgodna' autorstwa Veronic'i Roth. Moja rec...
  • Projekt: Kończę serie wydawnicze
    Kończę serie wydawnicze, czyli mój mały, własny cel czytelniczy, który staram się realizować i w ogóle mi nie idzie. :) Jak już niby idzi...
  • Stos wrześniowy
    Za oknem buro, mnóstwo zadań do szkoły i brakuje czasu na czytanie. :( Jednak zawsze staram znaleźć czas na odwiedzenie Waszych blogów. :...
  • 7 lat Bucherwelt!
    Piątek 13-ego 2012 roku - to właśnie wtedy w Internecie pojawił się blog bucherwelt.blogspot.com . Dzisiaj siedem lat (i tydzień) późnie...
  • Stos książkowy
    Wracam z wyjazdu, a tam książki czekają. :D Miła niespodzianka! No i było kolejne przemeblowanie, ostatecznie niektóre książki stoją na st...
  • Druga rocznica założenia bloga
    Dzisiaj - 13 stycznia 2014 roku - mój własny, amatorski, recenzencki blog skończył pełne dwa latka! Nie mogę uwierzyć, że już minęło tyle c...

Archiwum

  • ▼  2019 (3)
    • ▼  lutego (1)
      • Rewatch Gry o Tron przed premierą ostatniego sezonu!
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2018 (17)
    • ►  lipca (1)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (3)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (4)
  • ►  2017 (42)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (5)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (4)
    • ►  czerwca (3)
    • ►  maja (2)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (8)
    • ►  stycznia (8)
  • ►  2016 (120)
    • ►  grudnia (9)
    • ►  listopada (9)
    • ►  października (6)
    • ►  września (9)
    • ►  sierpnia (8)
    • ►  lipca (8)
    • ►  czerwca (8)
    • ►  maja (12)
    • ►  kwietnia (11)
    • ►  marca (10)
    • ►  lutego (13)
    • ►  stycznia (17)
  • ►  2015 (161)
    • ►  grudnia (6)
    • ►  listopada (11)
    • ►  października (10)
    • ►  września (9)
    • ►  sierpnia (5)
    • ►  lipca (13)
    • ►  czerwca (15)
    • ►  maja (18)
    • ►  kwietnia (18)
    • ►  marca (18)
    • ►  lutego (18)
    • ►  stycznia (20)
  • ►  2014 (266)
    • ►  grudnia (19)
    • ►  listopada (23)
    • ►  października (26)
    • ►  września (17)
    • ►  sierpnia (21)
    • ►  lipca (20)
    • ►  czerwca (23)
    • ►  maja (12)
    • ►  kwietnia (23)
    • ►  marca (26)
    • ►  lutego (28)
    • ►  stycznia (28)
  • ►  2013 (270)
    • ►  grudnia (23)
    • ►  listopada (19)
    • ►  października (23)
    • ►  września (21)
    • ►  sierpnia (21)
    • ►  lipca (20)
    • ►  czerwca (22)
    • ►  maja (29)
    • ►  kwietnia (22)
    • ►  marca (31)
    • ►  lutego (20)
    • ►  stycznia (19)
  • ►  2012 (135)
    • ►  grudnia (11)
    • ►  listopada (12)
    • ►  października (15)
    • ►  września (12)
    • ►  sierpnia (12)
    • ►  lipca (11)
    • ►  czerwca (15)
    • ►  maja (12)
    • ►  kwietnia (12)
    • ►  marca (11)
    • ►  lutego (9)
    • ►  stycznia (3)

Ulubione

  • Mirabelka
    Spostrzeżenia po ekstrakcji ósemki
    5 dni temu
  • Gosiarella
    Lekcja ironii dla każdego. Znajdź swój ulubiony tytuł od królowej polskiej satyry
    5 tygodni temu
  • Patrycja W.
    Podsumowanie lutego
    4 miesiące temu
  • eM
    Zagraniczne zapowiedzi: czerwiec, lipiec 2022
    4 lata temu
  • Patrycja
    Nieugięta bohaterka - "Wojna Makowa" Rebecca
    6 lat temu
  • Blair Blake
    Na skraju złowrogiego Boru, albo Wybrana Naomi Novik
    6 lat temu
  • Korvo
    Recenzja: Karpie bijem - Andrzej Pilipiuk
    7 lat temu
  • Harry Potter Kolekcja
    Regulamin konkursu "Twój Simon"
    8 lat temu
  • Abigail
    Bieg do gwiazd, Dominika Smoleń
    8 lat temu
  • Julia
    Małe rzeczy, bez których sobie nie radzę
    9 lat temu
  • Alicja
    Lair of Dreams
    10 lat temu
  • Wydawnictwo Jaguar
    Kuchnia Entego, chaos i "Jewel"
    11 lat temu
Pokaż 5 Pokaż wszystko

Deviantart

Dziękuję za zrobienie pięknego logo!
Wszystkie komentarze zawierające linki są moderowane.

Obsługiwane przez usługę Blogger.

WAŻNE

Wszystkie opinie i recenzje zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa i nie wyrażam zgody nakopiowanie całości lub ich fragmentów bez mojej wiedzy i zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Licznik odwiedzin

Obserwatorzy

Copyright © 2012 Sophie & Bucherwelt