Sherlock - sezon 4 - odcinek 3 - The Final Problem [spoilery]

Hello, my name is Sophie. Welcome to the Final Problem.

We wszystkich dobrych serialach najgorszy jest dzień, w którym zostanie wyemitowany ostatni odcinek sezonu. Zwłaszcza w przypadku Sherlocka jest to bolesne, gdy dostaje się trzy epizody, puszczone w ciągu dwóch tygodni i to raz na kilka lat. A każdy finał budzi obawę, czy to już ten ostatni odcinek w ogóle? Po "The Lying Detective" byłam nastawiona optymistycznie. Co jednak zaserwowali nam twórcy?

SPOILERS ALERT!


Najważniejszym pytaniem z drugiego odcinka czwartego sezonu nie było "kim jest Eurus?", lecz "omg, co z Johnem?!". Dowiadujemy się tego z drugiej sceny "The Final Problem", gdzie Mycroft przeżywa koszmar na żywca (świetnie to zrobiono! Płaczące krwią portrety, cudo! I do tego nauczka dla ludzi trzymających uzbrojone zbroje w domu! I niech mi ktoś da taki parasolo-mieczo-pistolet) i potem wkracza on, cały na biało, John. Nic mu nie jest, evil sister strzeliła mu w twarz pistoletem z nabojem usypiającym. No AHA.




Następnie mamy bombową rozmowę na Baker Street (John is baaaaack! I jego "I don't give a damn" jeeeej!). Warta wspomnienia jest teraz pani Hudson, która była humorystycznym (i niestety maleńkim) akcentem odcinka. I nie mogę nie zwrócić uwagi na scenę "I'm Batman" w wykonaniu Sherlocka. To było piękne. Nie mieliśmy chyba jeszcze Batmana pirata (nanananna). Ten błąd musiał zostać naprawiony. Jednak potem, gdy Sherlock jest w czapce to mamy na ekranie po prostu Benedicta w całej swej piękności. Jest więc na kim czym zawiesić oko.

W sumie wątek włamania się do Sherrinford (plot twist: nie jest to kolejny Holmes, a specjalna placówka opłacana bóg wie z czego, ale służąca szczytnemu celowi chronienia świata przed Holmesem) mi się podobał, ponieważ chodziło w nim o udowodnienie tego, że można tam wejść, więc można i wyjść... A w jaki sposób odkrył John.


Można powiedzieć, że czwarty sezon kręcił się wokół postaci Eurus - poza pierwszym odcinkiem, który dla mnie nadal jest oderwany od całości oraz (tak tylko przypominam) nie nabrał żadnego głębokiego sensu po zakończeniu sezonu. Właściwie jak teraz o tym myślę, to odcinek pierwszy był jednak gorszy od finału, choć był jednocześnie lepiej dopracowany graficznie. Dużo było tam momentów wspaniałej gry z efektami specjalnymi, co w "The Final Problem" właściwie nie doświadczyliśmy, jak teraz o tym myślę. Wybuch? Co najwyżej zabawny, a w sumie żenada. Zaczynając od tego, że i Sherlock i Mycroft rozpoznali od razu, co było na dronie, po czym... poczekali uprzejmie, aby urządzenie się aktywowało, więc mogli popisać się wiedzą, zamiast od razu wiać na złamanie karku. To dopiero było "sprytne". Lepiej poczekać, aż dron doleci sobie i aktywuje bombę. Naaaajs.

Kolejną sprawą jest to, że żadnemu z nich... nic się nie stało, po tym jak wypadli z okna na pierwszym piętrze. A Mycroft pobiegł schodami. Mamy wybuch - mamy więc ryzyko poparzenia, czy fruwających odłamków, chociażby szkła. Do tego siła wybuchu, która mogła ich wyrzucił na ulicę. Nawet jeżeli nie, to wciąż spadli na chodnik z dość wysokiego pierwszego piętra. Ciekawostka na faktycznej Baker Street pod budynkiem jest płot ze szpikulcami - jest i możliwość wpadnięcia na płot. W takim, czy innym wypadku wysoka możliwość obrażeń, właściwie nie do uniknięcia. A żadnemu z nich nic nie jest! Przez chwilę zasmuciłam się ze względu na to, że powiedziano o tym, że Mycroft leży w śpiączce i w ciężkim stanie w szpitalu, ale ostatecznie nic mu nie było... Chociaż gdy teraz o tym myślę... To może to była prawda? W Sherlocku podziwiałam zawsze to, że w przeciwieństwie do wieeeeelu seriali, odnoszone obrażenia nie znikały magicznie. Konsekwencje były logiczne i rzeczywiste. Jak Sherlock oberwał, to chodził potem dumnie z siniakiem czy tym przekrwionym okiem. A teraz nic, zero, null? To aż podejrzane. Może od końca drugiego sezonu to wszystko jest szaloną wizją Andersona...



Powróćmy jednak do evil sister, czyli głównego wątku, tajemnicy i antagonistki sezonu czwartego. Doceniam wiele drobnych rzeczy w tej postaci - to, że z Holmesów to właśnie dziewczynka była geniuszem; że miała słabość do Sherlocka, który w dzieciństwie był normalnym, uroczym, ślicznym chłopcem; że to ona go ukształtowała (choć w brutalny sposób). W ogóle wiele braw i głęboki podziw dla charakteryzatorów, ponieważ w ogóle nie poznałam Sian Brooke w kolejnym wydaniu. Spodobało mi się, że i ona ma ciemne, kręcone włosy. Właściwie rozmowa Sherlocka z nią, to jedna z najlepszych scen w tym odcinku. Zabawa percepcją i głosem, która bez problemu oszukała jego zmysły.

Poprowadzenie wątku evil sister oraz jego zakończenie jest jednak conajmniej rozczarowujące. Zacznijmy od samolotu. Początek odcinka był ŚWIETNY. Momentalnie przykuwa zainteresowanie; samolot pełen śpiących ludzi, maski tlenowe wiszące z sufitu oraz dzwoniący telefon z wiadomością od Moriarty'ego. Ciarki! Potem jednak, gdy mijał czas, to wątek ten stał się mniej interesujący, a w momencie, w którym Sherlock obudził się kilka godzin później, a samolot dalej sobie beztrosko leciał, to już wiedziałam, że to się nie dzieje naprawdę (podejrzewałam jakąś inscenizację rodem z Iluzji 2). Ale okazało się to wszystko jest... samolotem pamięci evil sister? (Za nowe określenie pałacu pamięci dziękujemy eM!). Jak ona imitowała ten głos? I to rozmawiając w czasie teraźniejszym z Sherlockiem - jej twarz była w tym czasie na ekranie! Wszystko to po to, aby Sherlock ją uratował... To jest po prostu śmieszne! Albo mamy bezwzględnego geniusza, a właściwie psychopatę, który nie rozumie pojęć dobra i zła (etc.), albo małą przestraszoną dziewczynkę, tego naprawdę nie da się połączyć w taki sposób... Mam wrażenie, że każdego interesującego wątku, jakiego podjęły się w tym sezonie Trolle, nie umieli dobrze poprowadzić.

 













Dobry moment, aby wspomnieć o wątku Molly. A właściwie to, co twórcy oficjalnie mówią o tej postaci, a niekoniecznie o tym, co się stało w odcinku. Ten wątek właściwie był jednym z dwóch najciekawszych momentów "The Final Problem". Moment, w którym Sherlock ma wycisnąć z Molly słowa "Kocham cię". Po pierwsze: nie wierzę, że Sherlock nie zauważył w całej swej genialności, że Molly jest nim zainteresowana. Bez problemu zauważał to w przypadku innych osób. Uznaję za możliwe, że jego umysł nie uznał to za informację wartą uwagi, czy zareagowania. Sądzę jednak, że w głębi siebie wiedział. Aby uratować Molly to do niej właśnie mówi to sławetne "I love you" z trailera. Po czym... rozwala na kawałki trumnę przeznaczoną dla Molly. Ten moment jest obłędny. Zupełnie nie spodziewałam się takiej reakcji Sherlocka, że tak to nim wstrząśnie. Co jednak z Molly?



Nasza urocza Molly pojawia się ponownie pod koniec odcinka, gdy cała w skowronkach przychodzi na Baker Street. co. cO. CO. Gdzie scena rozmowy z Sherlockiem?! Jak potem zobaczyłam wyjaśniającą wypowiedź Moffata o Molly, to mnie po prostu trafiło. Parafrazując: "No Molly to w ogóle nie ruszyło, wraca do normalności po wszystkim, nie jest potrzebna scena konfrontacji z Sherlockiem, oczywiście mu przebacza, najpewniej po rozmowie poszła potem na drinka i kogoś zaliczyła. To Sherlock jest skrzywdzony w tej sytuacji, to on to przeżywał." (oryginał tutaj). WTF Moffat. Molly? Molly?! Czy my mówimy o tej samej postaci? Nie wydaje mi się!


Nie wybaczę też wątku z Moriarty'm. Flash back? I do tego jeszcze celowe czekanie z dodaniem informacji, że to co oglądamy działo się pięć lat temu? Zawsze informacja, że pokazane jest zdarzenie z przeszłości pojawiało się od razu. Co studziło emocje i w ogóle, a tutaj mamy pięknego Andrew Scott'a z tymi chwilami nieograniczonego szczęścia, że ŻYJE, aby dopiero po czasie wylać na widza kubeł zimnej wody. I co to było? Jak się zastanawiam to nie widzę w tym żadnego fabularnego sensu. Wręcz czuję się urażona tym, że największy przeciwnik Sherlocka miałby stać się marionetką w rękach evil sister. Jak to było? "Każdy kto spędzi z nią trochę czasu jest natychmiastowo pod jej wpływem"? Co prawda Mycroft wyraźnie powiedział, że Moriarty grał sobie z Sherlockiem, w momencie, gdy evil sister zażyczyła go sobie po choinkę (ma gust dziewczyna nie można zaprzeczyć!), więc to nie Eurus "zaprogramowała" go na przeciwnika Sherlocka, ale fakt, że finał czwartego i pierwszego sezonu (czego nawet nie będę specjalnie komentować. Bardzo słabe zagranie!) są właściwie tak samo zbudowane, to sugerowałoby rękę evil sister w działaniach Moriarty'ego... Jeden istotny szczegół (iskierka nadziei) to ten, że na nagraniu z końcówki trzeciego sezonu Moriarty wyglądał inaczej niż na wszystkich filmikach nagranych dla Eurus. W ogóle ten wątek z filmikami... PO CO? Aby niemiło grać na emocjach widzów?


Oczywiście wszystko kończy się dobrze. Eurus siedzi w zamknięciu. Gra sobie na skrzypcach. Sherlock i John odnawiają Baker Street - John z Ciebie to jest wspaniały ojciec, jest aby (jak zasugerowano) wprowadzać się z dzieciaczkiem do wysadzonego przynajmniej raz mieszkania (nawet TO było w finale pierwszego sezonu, gdy wybuchł pusty budynek niedaleko Baker Street). Parentlock w ogóle mnie nie ruszył. Ani trochę... Za to przeraziła mnie kolejna płytka do Mary - zupełnie niepotrzebna! - służąca za podsumowanie wszystkiego. To było aż niesmaczne.

"The Final Problem" wyciekł do sieci przed premierą. Najpierw z rosyjskim dubbingiem (EAST WIND ekhm ekhm), a następnie z angielskim. eM poświęciła się i mimo pilnej nauki obejrzała go i dzieliła się ze mną spostrzeżeniami. Między innymi tym, że efekty specjalne są słabe (wybuch), a w pewnym momencie zwróciła uwagę na to, że w odcinku prawie nie ma muzyki. Ostatecznie eM stwierdziła, że to chyba prawdziwy odcinek, czekałyśmy jednak na 22. Internauci za to właściwie zgodnie stwierdzili, że wyciek to podróbka - ze względu na słabą jakość i dziury fabularne. Ale potem obejrzałyśmy odcinek na BBC One i okazało się, że to jednak ten sam...

Internet jednak nie przestał huczeć, a oficjalne kanały milczą. Ledwo cokolwiek pojawiło się od premiery, a przecież po zakończonym sezonie jest czas podsumowań, dyskutowania oraz ogólnego szaleństwa. Pojawiła się więc całkiem przekonująca teoria (tu), jakby sezon czwarty miał mieć cztery odcinki, zamiast zwyczajowych trzech. Sugeruje to wiele rzeczy - zaczynając od ciszy w mediach związanych z Sherlockiem, poprzez podkreślaną wskazówkę, że ludzie przestają szukać po trzech oraz małej grze słownej, w której zaginiony odcinek specjalny jeden z trolli nazwał dokładnie tak, jak nazywa się jedno z opowiadań Doyle'a, a kończąc na to, że w tę niedzielę o 22 (czasu polskiego) na BBC One będzie leciał pilot serialu z aktorami Emily Watson oraz Ben'em Chaplin'em. Do tego niedzielna data w zapisie brytyjskim będzie wyglądać następująco 22/1 (B Baker Street). Przypadek? (xD) Czy to jednak prawda, czy tylko marzenie ściętej głowy? Dowiemy się już w niedzielę!


W tym momencie sezon czwarty zdecydowanie jest najmniej ciekawym ze wszystkich. Nie rozpoczął się dobrze i nie zakończył się zadowalająco. Zwłaszcza z powodu tego, że "The Final Problem" miał zmienić cały świat, a do tego kręcono go dwa razy dłużej z większym budżetem... Jeżeli to faktycznie był finał (może i całego serialu), to chyba wolę o nim zapomnieć i żyć sobie szczęśliwa z trzema dobrymi sezonami.

Sophie di Angelo

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję za komentarz! Do zobaczenia przy kolejnym poście!
Xoxo