Ostatnia spowiedź. Tom I - Nina Reichter

Seria: Ostatnia spowiedź
Tom: 1
Liczba stron: 375
Ocena: 4/10
„Ostatnią spowiedź” musiałam po prostu zdobyć. Była ona na mojej liście książek, które koniecznie chciałam dostać i w końcu udało mi się ją wygrać w konkursie. Prawie natychmiast zaczęłam ją czytać i równie szybko odłożyłam ją na półkę, ponieważ nie mogłam się wciągnąć. Zanim ponownie wzięłam książkę do ręki, minęło sporo czasu, a ja już planowałam zdobywanie kolejnych tomów, które zdążyły wyjść w tym czasie. Byłam nastawiona wręcz entuzjastycznie. Szał ciał, staniki latają, mnóstwo dobrych opinii, fanpage prowadzony w sposób, który tylko potęgował poczucie tajemnicy... Więc co mogło pójść źle?

Spokój jest jak ulotna mgła, zbyt rzadko przebiegająca przez pasmo życiowych zmagań. Nie da się jej pochwycić ani zobaczyć, nie da się zatrzymać na dłużej, kiedy już zniknie bezpowrotnie, rozmyta wiatrem niepewności. Ale jest. Bywa. Daje siłę w najmniej oczekiwanych momentach. Spokój to chwilowa niezmienność i niezmącona wiara, nieoceniona możliwość zyskania perspektywy. Spokój to pewność, że pochwycisz moją rękę, gdy wyciągnę ją do ciebie.

Bradin Rothfeld to dziewiętnastoletni rockman, bożyszcze nastolatek w Europie. Pewnej nocy czekając na samolot poznaje na lotnisku Ally Hanningan, amerykankę, która nie rozpoznaje go i widzi w nim normalnego chłopaka. Spędzają razem cudowne parę godzin, a potem ich drogi się rozchodzą. Żadne z nich nie powinno się zakochać. Ally ma chłopaka, a Brade musi ukrywać swoje związki, jednak postanawia spróbować i nawiązuje ponowny kontakt z dziewczyną, która nadal nie ma pojęcia, kim on tak naprawdę jest...

Czy wpływ na ocenę książki mają okoliczności w jakich powstała? Nie zawsze, często nawet nie wiemy, że jest związana z tym jakąś większa historia, ale o niektórych rzeczach się po prostu słyszy. Wszyscy wiedzą, że „Grey” był fan fiction „Zmierzchu”. Ja w końcu dowiedziałam się, że „Ostatnia spowiedź” była fan fiction do zespołu Tokio Hotel. Zrobiłam nawet mały eksperyment w czasie czytania. Zaczęłam czytać na głos fragmenty mojej siostrze. Dość szybko spojrzała na mnie zmieszana i zapytała, od kiedy czytam fan fiction. Mogę powiedzieć, że od tego momentu minęło dobrych parę lat, ponieważ nie pamiętam już, kiedy byłam faktycznie z fandomie jakiegoś zespołu. Akurat Tokio Hotel nigdy nie słuchałam. Ani mnie nie grzali, ani nie ziębili. Jednak ta myśl utknęła w mojej głowie i czytając nie chciała mnie opuścić. „Ostatnia spowiedź” była kiedyś fan fiction. Ja widziałam to w każdym rozdziale.

Czy ma to wpływ na jakość książki? Według mnie nie. Jeżeli ktoś pisze świetnie, to nie ważne, czy będzie pisał bloga, książkę, czy fan fiction. Tylko w tym ostatnim przypadku powstają pewne schematy zachowań, wydarzeń, rozwoju akcji. Główna bohaterka w życiu nie widziała wokalisty danego zespołu, przecież nie mógłby się związać z fanką... Zazwyczaj zajmuje się fotografią. Jest zwyczajna, a równocześnie niezwykła. Związek jest gwałtowny i ma wielu przeciwników. Właściwie to nakręca akcję i powoduje kolejne problemy. Mogę po prostu powiedzieć, że czułam się niezręcznie czytając „Ostatnią Spowiedź”. Schematy pamiętałam bowiem dość dobrze.

„Ostatnia spowiedź” była zupełnie inna niż oczekiwałam, a równocześnie dokładnie taka, jak się obawiałam. Jeżeli to w ogóle ma sens. Zanim - jeżeli w ogóle - sięgnę po kolejne części, muszę się porządnie zastanowić. Do mnie ta historia nie trafiła. Tak jakby wcale. I jestem przekonana, że nawet gdybym żyła w słodkiej nieświadomości, na temat jej genezy, to i tak skończyłoby się tym samym.

Nie polecam, ani nie odradzam lektury „Ostatniej spowiedzi”. Wiem, że wiele osób w różnym wieku naprawdę uwielbia tę historię, a jedna z nich jest nawet moją dobrą przyjaciółką. Po prostu niektóre historie trafiają człowiekowi do głębi, a inne... nie. 

Sophie di Angelo

Zobacz również