Złodziej pioruna - Rick Riordan


Znacie już Percy'ego Jacksona? To nastolatek, którego życie wywróciło się do góry nogami, choć już było wystarczająco skomplikowane. Ja i Percy poznaliśmy się ponad siedem lat temu i od tej pory jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Po latach od ostatniej lektury powróciłam do ukochanej serii, która nie zmieniła się od momentu wydania (a zaraz będzie obchodzić piętnastolecie!), ja zaś zmieniłam się bardzo - jak jednak wypada stary znajomy przy ponownym spotkaniu?

OPIS: Co by było, gdyby olimpijscy bogowie żyli w XXI wieku? Gdyby nadal zakochiwali się w śmiertelnikach i śmiertelniczkach i mieli z nimi dzieci, z których mogliby wyrosnąć wielcy herosi – jak Tezeusz, Jazon czy Herakles? Jak to jest – być takim dzieckiem? To właśnie przydarzyło się dwunastoletniemu Percy’emu Jacksonowi, który zaraz po tym, jak dowiedział się prawdy, wyruszył w niezwykle niebezpieczną misję. Z pomocą satyra i córki Ateny Percy odbędzie podróż przez całe Stany Zjednoczone, żeby schwytać złodzieja, który ukradł przedwieczną „broń masowego rażenia” – należący do Zeusa piorun piorunów. Po drodze zmierzy się z zastępami mitologicznych potworów, których zadaniem jest go powstrzymać. A przede wszystkim będzie musiał stawić czoła ojcu, którego nigdy wcześniej nie spotkał, oraz przepowiedni, która ostrzegła go o zdradzie przyjaciela.

Zapewne wiele z Was po przeczytaniu opisu pomyśli sobie "dwunastolatek? Meh, jestem już na to za stara/y". Przyznam szczerze, że ostatni raz czytałam Percy'ego w 2013 roku, dobre cztery lata temu. Nie pamiętam za bardzo, jak go wtedy odebrałam, a po latach narodziło się we mnie przeświadczenie, że seria zajmuje coraz niższą pozycję w moich rankingach książek Ricka Riordana ze względu na młody wiek bohaterów i pewną infantylność. Z tego powodu zaczynając czytać książkę pod koniec 2017 roku myślałam o sobie, że również jestem za stara na książkę w Ameryce oznaczoną etykietką "dla dzieci i młodszej młodzieży". A jednak... bawiłam się bardzo dobrze.

"Złodziej pioruna" napakowany jest akcją. Jeżeli kochacie mitologię to będzie zachwyceni! Co chwilę pojawia się coś nowego i interesującego! Każdy przystanek na drodze naszych bohaterów to nowa, wciągająca przygoda (choć oni raczej by się ze mną nie zgodzili biorąc pod uwagę, że zwykle muszą ratować życie walką i/lub ucieczką). Dowiadujecie się całego mnóstwa ciekawostek, "zwiedzacie" Amerykę w przystępny sposób, a Waszym przewodnikiem jest bardzo zabawny, sarkastyczny chłopiec. Może ma dwanaście lat, ale jednak nie da się tego prawie wcale odczuć czytając książkę z jego punktu widzenia.

Oczywiście są osoby, którym takie poczucie humoru nie podejdzie, ale jeszcze się nie spotkałam z kimś, kto by narzekał na humor wujka Ricka. Wbrew mojemu przeświadczeniu książka nie jest tak infantylna, jak mi się to wydawało. Wiecie, jak to jest z tymi powieściami dla dzieci... Wszystko magicznie gładko się układa i rozwiązuje w ostatnim momencie. W tym rzecz, że wcale tak nie jest w "Złodzieju pioruna". Pewnie, są takie "gładkie" momenty, jadnak zdecydowana większość to rzetelnie oraz logicznie zbudowana, porządna fabuła, w której wszystkie elementy składają się na rozwiązanie i są w jakiś sposób wytłumaczone. Nawet te sny, co do których miałam niechęć, a które mają swoje logiczne miejsce w opowieści. I nie piszę to jako fanka, ale jako osoba, która książkę niedawno przeczytała i spojrzała na nią z całkiem nowego, bardziej krytycznego punktu widzenia. 

"Złodziej pioruna" to nie tylko pasjonująca podróż przez mitologię grecką przeniesioną do znanego nam XXI-ego wieku. To również codzienne problemy - chłopca, który dorastał bez ojca, lecz z okropnym ojczymem. Dziewczynki, która uważa, że nie jest ważna dla swojego rodzica. I wielu innych dzieci, a właściwie nastolatków z prawdziwymi, może nawet znajomymi problemami. Może nie jest tego dużo, ale nie jest to też ukryte między słowami, jeżeli się przyjrzeć, można to zobaczyć. Wiele lat temu niekoniecznie zwróciłam na to uwagę.

Percy'ego przeczytałam teraz po raz pierwszy w oryginale. Nie przepadam za czytaniem w innych językach, ponieważ robię to wolniej, co mnie niesamowicie wręcz irytuje. Na "Złodzieja pioruna" potrzebowałam jednak jedno niedzielne popołudnie, więc jeżeli zdecydujecie się na polską wersję, którą polecam ze względu na świetne tłumaczenie oraz obłędne wydanie (okładki możecie zobaczyć wyżej!), to pewnie właśnie tyle zajmie Wam przeczytanie. Moje amerykańskie wydanie w tych samych miękkich okładkach jest bardzo, bardzo rozczarowujące z wyglądu. Choć starałam się nie otwierać książki na całą szerokość, to grzbiety mam zniszczone, a sam papier ma kolor kiepskiego papieru toaletowego, a o rozmazanym, często nierównym byle jakim druku to nawet nie wspomnę. Współczuję takich okropnych miękkich wydań Amerykanom. Polskie ma jasne, czyste kartki; czytelny, czarny druk i porządną obwolutę.

"Złodziej pioruna" okazał się więc książką, która może się spodobać i troszkę starszym czytelnikom (nie wspominając o tych młodych!). Sprawdziłam na własnej skórze i mimo obaw spędziłam już kolejny raz kilka świetnych godzin w towarzystwie Percy'ego! Polecam Wam zrobienie tego samego, jeżeli jeszcze nie mieliście okazji!

Ten post jest częścią Rick Riordan Challenge. Już dzisiaj dołącz do wydarzenia "Rok z Percym Jacksonem".





Teraz czas na część spoilerową. Mam parę luźnych przemyśleń na temat pierwszego tomu... Zapraszam do dyskusji!


Po pierwsze uważam, że Grovera dopadł tzn. syndrom Rona. Bohater, o którym dowiadujemy się w sumie ze słów innych postaci, jakim jest wyjątkowym, młodym yyyy staryem, a nie możemy do końca zaobserwować tego na kartach powieści, ponieważ jest to bohater nazywający sam siebie "łajzą", jęczący i płaczliwy mimo! dwudziestu ośmiu lat na karku. Co jest troszkę zabawne, bo jest na poziomie - według autora - dwunastolatka. Nie żebym go nie lubiłam, po prostu "Złodziej pioruna" nie oddaje mu sprawiedliwości. A co do Annabeth to naprawdę próbowałam, ale nie wiem, ona mnie po prostu odrzuca. Co prawda po angielsku brzmi lepiej, poznajemy jej historię i w ogóle, ale ja jakoś nie czuję z nią więzi. Jest taka odległa, chłodna, jak jej oczy o kolorze burzy. Sama nie wiem, może to moje buntownicze serce, które wciąż jest za RED.

Dziwi mnie za to Chejron, który po prostu zachowuje się głupio. Chejron, który z jednej strony ma być Dumbledorem, poza tym że ma kilka tysięcy lat doświadczenia, wie, jaką wartość i moc mają imiona, a potem mówi dwunastolatkowi, że to na pewno ten zły Hades, idź do Podziemi i wyrzuć mu to w twarz. Że co? To w ogóle nie brzmi, jak Chejron, który we wszystkim innym jest bardzo mądry, ostrożny i wyważony, a tu chlapie językiem, jak taka Serena! Rick come on!

Ostatnia kwestia to w sumie fakt, że Percy "instynktownie", ale jednak zamachnął się bronią na śmiertelników. Gdyby nie była magiczna itd. przeciąłby gostka na pół. To trochę przerażające, gdy tak o tym myślę. Na początku książki wymachiwanie mieczem przez Percy'ego nie było z zamiaru śmiercionośne, trafił panią Dodds w ramię, bo się bronił. Ale potem bez wahania odcina głowę tytanowi, a chyba jeszcze lepsza jest jego mama, która zamieniła jego ojczyma w kamień z pomocą głowy Meduzy. Po prostu... zabiła człowieka. Ja wiem, że Gabe był be, ale to jest wciąż nie halo, jak się tak o tym pomyśli. Ja wiem, że to fikcja itd. itp., ale moje spojrzenie na niektóre rzeczy się zmieniło i coś, co te kilka lat temu przyjęłam bez mrugnięcia okiem, teraz kazało mi się zastanowić nad tym, że wybijanie potworów uczyniło wiele złego psychice i życiu np. Deana i Sama Winchesterów, a tutaj dekapitacja przez dwunastolatka jest cool.

Jest coś na co spojrzeliście z nowego punktu widzenia?

Sophie di Angelo

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję za komentarz! Do zobaczenia przy kolejnym poście!
Xoxo