Skrytoświat "Wiosna" William Horwood



Przed tysiącami lat mistrz z wielkiego królestwa Englalondu wykuł klejnot, w którego sercu płonął ogień wszechświata i kolory ziemskich pór roku. Lecz klejnot zniknął i ludzie o nim zapomnieli. Ale jego legenda żyła w świecie skrytów – niewidocznym dla naszego świata. Tam właśnie narodził się chłopiec, którego przeznaczeniem jest odnaleźć to, co zapomniane, i ocalić oba światy przed zagładą.
Jego podróż rozpoczyna się z nadejściem Wiosny…

Książka ta jest wielkim powrotem, po 15 latach, mistrza fantasty Williama Horwooda. Nie spotkałam się wcześniej z tym autorem, a ponieważ fantastykę lubię i chętnie czytam, postanowiłam spróbować z tą powieścią, bo przecież mistrzem nie jest się nazywanym bez powodu, prawda?

Kiedy zaczęłam czytać, miałam niejasne przeczucie, że ja coś podobnego czytałam. Książkę co chwilę odkładałam, przekładałam, czytałam kawałek i ponownie odkładałam. Zazwyczaj nie mam problemów z czytaniem książek(nawet 'W Pustyni i w Puszczy' przełknęłam gładko), ale przy tej pozycji nie mogłam się ani skupić, ani zmobilizować do czytania. Nie miałam jakiś wielkich oczekiwać, ponieważ staram się nie narzucać niczego autorom, których nie znam, ale czegoś takiego się nie spodziewałam.

Książka jest podzielona na kilka części, w których znajdują się pomniejsze rozdziały, których tytuły świetnie zdradzają, o czym jest rozdział. Na samym początku mamy okazję zapoznać się z proroctwem, które będzie nam towarzyszyło do końca książki(a także jak przypuszczam serii) oraz z bohaterami. Poznajemy Imbolc, Tkaczkę Pokoju, która szuka swojej następczyni, kilku przyjaznych Skrytów, małych ludzi, pochodzących z Skrytoświata oraz Jacka, chłopca, który jest bardzo ważny dla całej akcji.

Mam wrażenie, że cała książka podobna jest okropnie do serii 'Artemis Fowl', przy której kiedyś miałam ubaw, tylko o ile tam mi się wszystko podobało, to tutaj wydawało się dziecinne i denerwujące. Mogę nazwać naprawdę połowę książki po prostu dziecinną. A potem powieść zamienia się w bardziej w fantastykę, ale też, jak dla mnie dość marną. Z początkowego słodzenia, dziecinności, och ach mamy patologię i wspominanie o biustach. Niestety żadna z tych opcji nie wpada dobrze.

Akcja przez większość książki ciągnie się bez końca, a potem, jak mamy szybciutki zwrot fabuły, to kończy się on od razu, a potem powraca towarzysząca nam nuda. Autor skupia się na wszystkich najmniejszych detalach otoczenia, więc otrzymujemy 2 strony opis pokoju(a w tym dokładny opis wazonu na kwiaty), ale kiedy przechodzimy do opisu emocji i uczuć, czy coś w stylu "całą noc spędzili na opowiadaniu o swoich marzeniach", dostajemy 4 lub mniej zacnych linijek. Nie wiedziałam, jak do tego podejść, ponieważ śmiać mi się chciało, ale teraz przynajmniej świetnie wiem, jak opisać dom w stylu wiktoriańskim.

Wątek miłosny... No cóż niektórym opisywanie takich spraw po prostu nie wychodzi, więc nie dosyć, że się zawiodłam, ponieważ hmm... nie mogłam ogarnać, w którym właściwie momencie narodziło się to uczucie, ponieważ takie opisy były zredukowane do minimum, to jeszcze koniec bardzo mi się nie spodobał. Nie pochwalam takich rzeczy... Kto czytał to wie...

Spotkanie z tym autorem uważam więc za nieowocne, ponieważ książka zupełnie mi nie przypadł do gustu. Sam zarys fabuły był w porządku, gdyby go dobrze rozwinąć, ale to się nie udało, więc historia wyszła przeciągła, z wieloma nieistotnymi wątkami, męczącymi opisami i dość słabymi bohaterami. Jeżeli ktoś czytał inne powieści tego autora, to może są lepsze, wszystko jest możliwe, ale akurat to mu chyba nie wyszło, w czym się utwierdziłam, gdy przejrzałam oceny i opinie na lubimyczytac.pl.

Ogólna ocena: 5/10.



Sophie di Angelo

Zobacz również