Syrena - Kiera Cass

Kiera Cass to nazwisko już dobrze znane w Polsce – jest ona autorką serii Rywalki/The Selection (jeżeli mimo wszystko nie kojarzycie, to chodzi o tę serię, co ma okładki, za które można zabić). Jednak nie o tym będzie ten wpis, choć możecie już oczekiwać czegoś specjalnego, pewnego pięknego dnia na temat tej autorki. Dzisiaj przyjrzymy się bliżej jej debiutowi pt. „Syrena”. Ostatnio w Ameryce wyszło zrewidowane wydanie i wydaje mi się, że ono właśnie trafiło do polskich czytelników (po okładce). W tym momencie ciekawość, która w ogóle doprowadziła mnie do tej książki bardzo chce się dowiedzieć, w jaki sposób książka została zrewidowana… 

Kahlen jest syreną. Silną, niezniszczalną kobietą, która spłaca ocalenie życia służbą u Matki Ocean. Jej głos jest śmiertelnie niebezpieczną bronią. Odbiera on rozsądek i powoduje, że ludzie z lubością rzucają się w morskie odmęty. Akinli jest zwykłym chłopakiem, takim o jakim Kahlen od zawsze marzyła. Dziewczyna doskonale wie, że powinna trzymać się od niego z daleka, jednak pragnienie ujrzenia go ponownie jest zbyt silne… 

Kiedy wzięłam się za „Syrenę”, szybko zaczęłam kwestionować swoją decyzję i rozważać po nocach, kto jest większym masochistą - ja czy Edward Cullen. To, że z Kiery Cass żadna pisarka nie jest, wiedziałam od dawna. Jak się okazało research też ją boli i nie przejmowała się, że według niej samej akcja rozpoczęła się około 1920, a bohaterki książki już niedługo potem pomykały w jeansach, nie wspominając o tym, że narratorka to panienka wychowana na początku dwudziestego wieku, która myślała bardzo współcześnie. Dbanie o zachowanie realności historycznej, to nie dla niej! Tak więc początek był dla mnie ciężkim przeżyciem.

A potem się wciągnęłam. „Syrena” po przyzwyczajeniu się do paru irytujących cech okazała się idealna jako moja 'guilty pleasure', bo uwielbiam syrenki, bo podoba mi się założenie, że Ocean jest żyjącą istotą, która dba o zachowanie równowagi na ziemi (i jest rodzaju żeńskiego). Choooć przekształcenie mitu o syrenach, które wabiły żeglarzy swoim pięknym głosem, aby się pożywić wersją, że Matka Ocean potrzebuje no cóż jeść, wyszło jakoś tak dziwnie. Nie wiem, czy to to określenie „musi jeść”, czy sposób, jak autorka to wyjaśniła. Czy nie można by było to przekształcić w ofiary, jak za starych, dobrych, greckich czasów? Musi jeść. To brzmi tak płytko.

Tytuł oryginału: The Siren
Powieść w jednym tomie
Liczba stron
: 391
Ocena: 7/10
Główna bohaterka książki nie powala swoją aparycją. Wszystkie syrenki mają szczególną cechę, która je wyróżnia. Jedna jest artystką, inna jest głodna życia w taki sposób, że jest gotowa zaryzykować wszystko. Kahlen na pewno jest świetna w jęczeniu i użalaniu się nad sobą. Autorka próbowała wcisnąć mi bardziej romantyczna wersję, ale ja wiem swoje. Przeczytałam te czterysta stron dość uważnie.

Nie mogłoby zabraknąć wątku romantycznego, który ma swoje plusy i minusy. Zacznijmy od tych drugich. Bardzo zafrasowało mnie, że chłopak nazywa się Akinli (choć ona nie lepsza, co to za imię Kahlen, powie mi ktoś, gdzie niby w Ameryce nazywano tak ludzi na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku?) – a mieszka sobie w Maine, jego rodzina ma co prawda niemieckie nazwisko, ale jego kuzyn nazywa się Ben. Jego rodzice też mają typowe amerykańskie imienia. A tutaj co, Eskimos? Czasami wewnętrzna potrzeba autorów, aby ich bohaterowie byli tacy-fajni-tacy-wyróżniający-się bardzo mnie śmieszy. Lub irytuje. Tutaj było to jednak bardziej zabawne.

Druga sprawa to wiek bohaterów, który nie są już nastolatkami. Kahlen ma 19 lat, Akinli ponad 20, rozmawiają o planowanym małżeństwie jego kuzyna, o jego relacjach z kobietami, również tych fizycznych. Wiecie, jak dorośli ludzie. A równocześnie czytelnik ma uwierzyć, że osoba, z którą spędziło się niecały tydzień może być miłością Twego życia. Nie ukochanym, nie chłopakiem, który Ci się spodoba. Miłością tak wielką, że wyniszczającą. Jakie to nieprawdziwe. Osobiście uważam, że w czytaniu książek nie chodzi tylko o rozrywkę. Nawet w fantastycznych historiach szukamy prawdy, realnych uczuć i wydarzeń, może odpowiedzi na pytania, których boimy się zadać. Niewinne zauroczenie rodem z „Małej syrenki”, które potrzebuje czasu, aby przekształcić się w prawdziwe, silne uczucie, a zostało skrócone do tygodnia?  Niekoniecznie.

Są oczywiście plusy, a właściwie plus, ponieważ spodziewałam się, że wątek miłosny będzie najważniejszym w tej książce i wypłynie szybko w fabule. Jednak najpierw autorka skupiła się na innych rzeczach. Na relacjach bohaterki z innymi syrenami, Matką Ocean, na odkrywaniu i rozwijaniu  siebie (no w jakimś małym stopniu, nie wyobrażajcie sobie nie wiadomo czego). Autorce nawet zgrabnie udało się poprowadzić i połączyć kolejne wątki, które doprowadziły do spotkania tej dwójki.

Końcówka książki jest na pewno przewidywalna, ale jak mówiłam, „Syrena” jest moim „guilty pleasure”, dlatego nawet mi to nie przeszkadza. Autorka pokusiła się nawet na przedstawienie sytuacji z punktu widzenia Akinliego, przez co Kahlen wyszła bardziej dojrzale niż przed te 90 % książki, które było z jej punktu widzenia. 

„Syrena” to na pewno książka, która może zainteresować fanki twórczości Kiery Cass. Myślę, że dla ciekawskich, którzy za nią nie przepadają – jak ja – może okazać się całkiem przyjemna, gdy już się człowiek wczuje w akcję i popłynie z historią, którą autorka zaczerpnęła z mitologii, uzupełniła o swoje pomysły i starała się załagodzić w stylu „Małej syrenki” i taką mieszankę nawet fajnie się czytało!

Najciekawsze cytaty z "Syreny" znajdziecie na moim tumblr'ze: Nicole's quotes. Jeden jest szczególnie piękny. ♥

Sophie di Angelo

6 komentarzy:

  1. Od pewnego czasu już bardzo chcę ją przeczytać. Może niedługo mi się uda, ponieważ po Twojej recenzji jeszcze bardziej wzrosło to pragnienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba dobrze. C: Mimo tych wszystkich wad, które wytknęłam.

      Usuń
  2. Rywalki były cudowne, więc może warto rozejrzeć się za tą książką. Mam nadzieję, że autorka nie zawiedzie moich wysokich oczekiwania. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudna recenzja serio! Pewnie nie zwróciłabym wcale uwagi na tę książkę, ale muszę powiedzieć, że jestem zaintrygowana. Ale też w takim stopniu typu 'guilty pleasure' ^^

    P.S. W akapicie o imionach w pewnym miejscu jest źle napisane "amerykańskie imienia" chyba powinno być imiona :>

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz! Do zobaczenia przy kolejnym poście!
Xoxo